
PRZEJDŹ DO NEWSA
Kiedy latem minionego roku Widzew zbroił się na potęgę, ściągając Mariusza Fornalczyka czy Andiego Zeqiriego, trudno było zakładać, że to dopiero nieśmiały wstęp do prawdziwej transferowej ofensywy łodzian. Ofensywy o rozmachu, jaki w polskich realiach obserwujemy niezwykle rzadko. Kwoty odstępnego mówią tu właściwie same za siebie. Widzew wyłożył tak duże pieniądze za Osmana Bukariego, Przemysława Wiśniewskiego i Emila Kornviga, że gracze ściągnięci za plus-minus milion euro – jak Carlos Isaac czy Christopher Cheng – niemalże wylądowali w cieniu. Rodzi się zatem pytanie: czy Robert Dobrzycki notuje właśnie na naszych oczach najmocniejsze wejście do polskiej piłki ligowej w jej najnowszej historii? Czy ostatnie ruchy transferowe Widzewa przebijają nawet początki Bogusława Cupiała w Wiśle Kraków?
Naprawdę nie jest łatwo odpowiedzieć na tak postawione pytania, ponieważ na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat totalnie zmieniła się zarówno Ekstraklasa, jak i rynek transferowy jako całość. Zmieniła się też – po prostu – Polska, co nie jest w tej dyskusji bez znaczenia. Cofnijmy się jednak do drugiej połowy lat 90. i przyjrzyjmy pierwszemu etapowi rządów Cupiała. A przy okazji przypomnijmy „wjazdy” do Ekstraklasy w wykonaniu paru innych biznesmenów z apetytem na szybki sukces.
Transferowe ofensywy właścicieli klubów w Ekstraklasie. Kto poszedł najgrubiej?
Spis treści
Transferowe ofensywy właścicieli klubów w Ekstraklasie. Kto poszedł najgrubiej?
Pierwsza ofensywa transferowa Cupiała. Gorąca zima w Krakowie
Cupiał dopiął swego. Nie czekał długo na pierwsze mistrzostwo Polski
Bekdas rzucił rękawicę Cupiałowi. Ale szybko skończył zabawę
Dobrzycki czy Cupiał? Podobne cele, nieco inne środki (i realia)
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Pierwsza ofensywa transferowa Cupiała. Gorąca zima w Krakowie
Lata 90. były – mówiąc w uproszczeniu – trudnym czasem dla Wisły. Wprawdzie w sezonie 1990/91 Biała Gwiazda uplasowała się w Ekstraklasie (ówczesnej 1. lidze, ale dla większej klarowności będziemy się trzymać obecnego nazewnictwa) na najniższym stopniu podium, ale już trzy lata później krakowianie pożegnali się z elitą po zajęciu piętnastego miejsca w stawce. Przystąpili zresztą wówczas do ligowych zmagań z ujemnymi punktami, co było następstwem tak zwanej „niedzieli cudów” z czerwca 1993 roku. Do najwyżej klasy rozgrywkowej powrócili po dwóch latach spędzonych na zapleczu, lecz bez większych nadziei na sukcesy.
– Są sezony, gdy trzeba ustąpić z aspiracji. Sądząc po nazwiskach widniejących w naszym składzie – nie jest najlepiej. Ale najlepsze nazwiska są na nagrobkach – tłumaczył z typową dla siebie szczerością i humorem Wojciech Łazarek, który zimą 1997 roku zastąpił na ławce trenerskiej Henryka Apostela.
Ura bura ciocia Agata. Najlepsze teksty Wojciecha Łazarka
Przed kolejną degradacją piłkarze Wisły uratowali się na samym finiszu sezonu 1996/97, wygrywając 5:2 ze Stomilem Olsztyn.
Kiepskie rezultaty były naturalnym następstwem cieniutkiej sytuacji finansowej klubu. Białej Gwiazdy nie było stać na wykupienie Roberta Szopy z Rakowa Częstochowa. Tomasz Kulawik starał się wymusić na działaczach transfer do Polonii Warszawa. Wisła przegapiła też okazję do podpisania kontraktu z Emmanuelem Olisadebe, za którego trzeba było wyłożyć na stół przeszło 100 tysięcy dolarów (a Łazarek i tak nie był przekonany do późniejszego reprezentanta Polski). Do wyliczanki można dołożyć także fiasko w negocjacjach z Marcinem Danielewiczem, Pawłem Krzeszowiakiem, Krzysztofem Dudą czy Krzysztofem Hajdukiem.
Jeżeli nie kojarzycie tych zawodników, to w sumie nic dziwnego. Umówmy się, że nie były to znaczące postaci polskiego futbolu. Po prostu ledwo wiążąca koniec z końcem Wisła często szukała wtedy wzmocnień wśród graczy z niższych lig, tak zwanych „piłkarzy z regionu”. Sporym wydarzeniem było zatrudnienie 35-letniego Marka Koniarka, tylko że były snajper Widzewa Łódź w ekipie Białej Gwiazdy nie zapisał na swoim koncie ani jednego gola. Dlatego kiedy Wisła zaczęła sezon 1997/98 od wyjazdowej klęski 0:4 z GKS-em Katowice, nie było to wielkie zaskoczenie. Trzy punkty zgarnął zespół po prostu mocniejszy kadrowo.
– Na mecz z tak renomowanym zespołem nie mieliśmy w pełni dopracowanego składu. Rezultat był zaskoczeniem, za to odebrałem przegraną jako porażkę nadziei – przyznał Łazarek, który z przymrużeniem oka wypowiadał się też o firmie Unimil, głównym sponsorze Wisły: – Prezerwatywy Unimil? Dobre, ale akurat mnie spadają.
Mamy zatem Wisłę, która obawia się ponownego spadku z Ekstraklasy. Wisłę, która jest zespołem pozbawionym gwiazd. Wisłę, w której standardem są obsuwy w wypłatach, braki w sprzęcie treningowym, a klubowa infrastruktura woła o pomstę do nieba. Wreszcie Wisłę, której flagowy sponsor jest obiektem kpin całej piłkarskiej Polski. Do takiego właśnie klubu jesienią 1997 roku z drzwiami i futryną Bogusław Cupiał, właściciel Tele-Foniki. – On miał jedną fantastyczną cechę. Mówił tak: albo do tego klubu wejdę i zrobię z niego klub wielki, albo po prostu nie wejdę wcale. Bo taka nijakość mnie nie interesuje. I on powiedział: jeśli wejdę, to tylko i wyłącznie interesuje mnie najwyższy poziom – wspomina Piotr Skrobowski, współwłaściciel Wisły w latach 90., w serialu „Wisła Cupiała”.
– Nie mam wątpliwości, że nie był to jedynie kaprys bogatego człowieka, ale plan na to, żeby z klubu piłkarskie – poza tym, że daje dużą satysfakcję właścicielowi, jeżeli wygrywa – uczynić dochodowe przedsiębiorstwo – dodaje Tomasz Prusek z „Gazety Wyborczej”.
„To nie jest laurka dla Cupiała”. Kulisy nowego serialu o Wiśle Kraków
Już pierwsze okienko transferowe ery Cupiała robiło kolosalne wrażenie. Do Krakowa trafiło kilkunastu graczy, w tym:
Radosław Kałużny – gwiazda Zagłębia Lubin, świeżo upieczony reprezentant Polski
Kazimierz Węgrzyn – ściągnięty z austriackiego SV Reid, doświadczony stoper, także z występami w kadrze
Krzysztof Bukalski – przez lata gwiazda Hutnika Kraków, Wisła ściągnęła go z KRC Genk; kolejny reprezentant kraju
Ryszard Czerwiec – dwukrotny mistrz Polski z Widzewem Łódź, przez Wisłę wykupiony z EA Guingamp; oczywiście z doświadczeniem w kadrze
Grzegorz Kaliciak – pomógł Wiśle awansować do Ekstraklasy po czym nacisnął na transfer do Belgii, szybko przekonano go do powrotu
Do tego można wspomnieć także Grzegorza Nicińskiego czy Daniela Dubickiego. Ten drugi trafił do Wisły z ŁKS-u w połowie sezonu, który dla drużyny z Łodzi zakończył się mistrzostwem Polski. – Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w Krakowie będzie tak silny zespół. Byłem pierwszym nabytkiem Wisły za czasów Tele-Foniki. Zajmowali wówczas trzynaste miejsce, więc przychodziłem do zespołu, który miał walczyć o utrzymanie – opowiadał napastnik portalowi „Retro Futbol”.
Ostatecznie Biała Gwiazda uplasowała się na trzecim miejscu w lidze, gwarantującym udział w eliminacjach do Pucharu UEFA. Nie zdołała dogonić ŁKS-u i Polonii Warszawa, ale wyprzedziła w tabeli Widzew oraz Legię – dwie potęgi polskiego futbolu lat 90. Była to zatem symboliczna zmiana warty, którą dodatkowo uwypuklało bezpośrednie starcie przebudowanej Wisły z Widzewem, zakończone spektakularnym triumfem krakowian (6:0).
– Najpierw muszę zdementować pogłoski o tym, jakobym miał rozstać się z Widzewem. Chcę panom powiedzieć, że Smuda nie tylko był przy drużynie wówczas, kiedy odnosiła ona sukcesy. A nie opuszcza jej również i teraz, kiedy przeżywa ona kryzys i boryka się z rozlicznymi problemami. Właśnie teraz należą się także podziękowania dla tych wszystkich, którzy w tej trudnej sytuacji organizacyjnej i finansowej klubu spieszą mu z pomocą – grzmiał po końcowym gwizdku Franciszek Smuda.
Tymczasem Łazarek ciskał bon motami na lewo i prawo: – Zagraliśmy tak dobrze, że moje jądra same składały się do oklasków.
Kilka miesięcy później trenerem Wisły był już jednak… Smuda. Jeszcze jedna demonstracja możliwości Cupiała – ostatecznie w tamtym okresie Franz uchodził za najlepszego fachowca w kraju i miał już w dorobku dwa mistrzowskie tytuły oraz występy w fazie grupowej Champions League.
Cupiał dopiął swego. Nie czekał długo na pierwsze mistrzostwo Polski
„Baryła” stracił posadę przy Reymonta jeszcze w trakcie sezonu 1997/98. Wystarczyła do tego druga porażka w rundzie rewanżowej (przy ośmiu wygranych i jednym remisie). Cupiał i jego wspólnicy z Tele-Foniki naprawdę liczyli, że wystarczy jedna transferowa ofensywa, by Wisła sięgnęła po tytuł. – To była kwestia charakteru. Tego chciejstwa wynikowego. Cupiał musiał wszystko wygrywać. Jemu się nie mieściło w głowie, że zainwestował tyle pieniędzy, a to się nie przekłada [na sukces]. Pamiętam, jak mówił: „jak to jest, że jak w firmie włożę pięć milionów, to wyjmę siedem, a kiedy włożę pięć milionów w piłce, to pięć stracę?”. Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że to jest właśnie specyfika tej zabawy, w którą wszedł. Że inaczej się nie da – wspomina Zbigniew Koźmiński w przywoływanym już wcześniej serialu.
I rzeczywiście, kasa wpompowana do klubowego budżetu była olbrzymia. Zawodnicy tacy jak Bukalski, Czerwiec czy Kaliciak mogli najzwyczajniej w świecie liczyć w Krakowie na wyższe wynagrodzenia niż w zachodnioeuropejskich klubach, co było wręcz szokujące w ówczesnych realiach. Niektórzy piłkarze początkowo nie dowierzali zresztą w przedstawiane im oferty. Bukalski zrobił dokładne rozpoznanie, zanim zdecydował się złożyć podpis pod tak atrakcyjnym kontraktem.
– Nie brakowało w tamtych czasach przykładów klubów, które wypływały w jakichś dziwnych okolicznościach i szybko znikały. W Genku liznąłem prawdziwej stabilizacji, gwarancji wypłacalności. Wolałem się więc upewnić, że ta Wisła to poważny projekt, z mocnymi podstawami, zwłaszcza że w tamtych czasach nie było takich wymogów licencyjnych, kluby mogły bezkarnie nie płacić. Swoimi kanałami szybko się upewniłem, że wszystko jest w porządku – mówił w rozmowie z Weszło.
– Z Genkiem podpisałem czteroletni kontrakt, w momencie transferu obowiązywał jeszcze przez dwa i pół roku. Skoro miałem wracać do Polski będąc reprezentantem, nie z podkulonym ogonem, mogąc dalej grać na Zachodzie, siłą rzeczy wszystko musiało się też zgadzać ekonomicznie. Nie ukrywam, że długo negocjowałem z Wisłą. W pewnym momencie obie strony miały siebie dość, ale w końcu się dogadaliśmy. Umowę podpisaliśmy w sylwestra 1997 roku.
W Racingu Genk nikt nie obgadywał trenera, nawet w szatni. U nas to powszechne
„To był wyjątkowy projekt. Nie przypominam sobie, by jakiś inny klub sprowadzał praktycznie samych reprezentantów Polski. Błyskawicznie powstała świetna drużyna”
Krzysztof Bukalski
Trzeba jednak zaznaczyć, że drugie okno transferowe było już w wykonaniu Wisły nieco spokojniejsze.
Wrażenie robiło przede wszystkim zatrudnienie wspomnianego Smudy, a także namówienie do powrotu na polskie boiska Tomasza Frankowskiego. Teoretycznie na zasadzie wolnego transferu, ale Wisła i tak musiała zapłacić 300 tysięcy dolarów odszkodowania FC Martigues, bo w nienależącej jeszcze do Unii Europejskiej Polsce nie obowiązywało „prawo Bosmana”. Jednak wielu transferów działaczom Wisły zwyczajnie nie udało się przyklepać. Zdano sobie bowiem sprawę z ambicji i swego rodzaju zapalczywości szefa Tele-foniki, więc zaczęto stawiać wygórowane, nierzadko zaporowe warunki w negocjacjach.
W efekcie nie ściągnięto do Krakowa takich graczy jak Marcin Kuźba, Tomasz Kłos, Paweł Wojtala, Mirosław Trzeciak, Marek Saganowski czy Rafał Kaczmarczyk. Inna sprawa, że niektórzy z wymienionych i tak w ostatecznym rozrachunku dla drużyny ze stolicy Małopolski zagrali, tylko że trochę później. Ale na przykład Marcin Mięciel nie chciał zmieniać Legii na Wisłę.
– Legię wtedy stać było na każdego w lidze – dowodził po latach. – Mogliśmy kupić „Żurawia”, Kałużnego, reprezentantów – dokładnie to, co zrobiła Wisła. A kupowaliśmy… lepszych i gorszych. Każdy z działaczy ówczesnej Legii brał zawodników według swojego widzimisię i tak naprawdę mieliśmy zespół średni. Nie wykorzystano Daewoo. Można było stworzyć topowy zespół. Ci ludzie, którzy wtedy kręcili się wokół Legii, nie wiem czy chcieli ją budować, czy… a, szkoda gadać. Naprawdę nie wiem o co tam chodziło. A popatrzmy na erę Cupiała w Wiśle: poukładał wszystko tak, że ludzie ciągnęli wózek w jedną stronę. Dzięki temu zbudował zespół na lata. My mieliśmy w Legii jeszcze większe pieniądze niż Cupiał, ale zostało to roztrwonione. Do mnie też z Wisły dzwonili i chcieli wtedy wykupić.
„Za pierwszą pensję z Legii kupiłem mamie malucha”
Krakowianom nie udało się też pierwsze podejście do transferu Olgierda Moskalewicza z Pogoni Szczecin, co opisuje Mateusz Miga w książce „Wisła Kraków. Sen o potędze”. Kierownictwo Portowców oczekiwało bowiem kwoty odstępnego na poziomie miliona marek. Działacze ze Szczecina musieli jednak spuścić z tonu.
Miga pisze: – Moskalewicz nie chciał się ruszać ze Szczecina, ale nawet on miał już po dziurki w nosie fatalnej sytuacji finansowej Pogoni. Jego karta zawodnicza została zastawiona w restauracji Korner. Piłkarz wspomina: „to była jadłodajnia, w której stołowała się drużyna. Przez kilka miesięcy narastał dług Pogoni wobec restauracji, więc w końcu przekazano tam w zastaw moją kartę. […] W Pogoni wszyscy piłkarze mieli już dość tej sytuacji. Cieszyłem się, że pieniądze z mojego transferu [1,25 miliona złotych] pozwoliły na uregulowanie choć części zobowiązań klubu wobec zawodników. Z panem Kapką porozumiałem się praktycznie natychmiast. Dostałem więcej, niż oczekiwałem. A gdy przyjechałem do Krakowa, okazało się, że mój kontrakt jest… jeszcze wyższy. Była to miła niespodzianka”.
W sezonie 1998/99 Wisła pod wodzą Smudy sięgnęła po upragnione mistrzostwo Polski. I to z miażdżącą przewagą nad resztą stawki. Był to pierwszy ligowy tytuł Białej Gwiazdy od 1978 roku, a zarazem pierwszy z ośmiu, jakie drużyna z Reymonta miała wywalczyć w złotej erze Bogusława Cupiała.
Bekdas rzucił rękawicę Cupiałowi. Ale szybko skończył zabawę
Szalona ofensywa transferowa przyniosła więc błyskawiczny efekt. Zimą 1998 roku Wisła z drużyny walczącej o utrzymanie przeobraziła się w zespół z ekstraklasowego topu, a latem Cupiał i jego ludzie uczynili już z Białej Gwiazdy ligowego giganta. Kupiony w połowie mistrzowskiego sezonu 1998/99 Moskalewicz był niejako wisienką na torcie, bo zapewne tytuł padłby łupem Wiślaków nawet gdyby ten transfer nie doszedł koniec końców do skutku. Cytowany już Mateusz Miga szacuje, że tylko w ciągu pierwszych dwóch miesięcy swoich rządów szef Tele-foniki przeznaczył na nowych piłkarzy około 2,5 miliona dolarów.
„Takich pieniędzy w tak krótkim czasie jeszcze nigdy nie rzucono na polski rynek. Nawet wtedy, gdy Legia Warszawa czy Widzew Łódź budowały drużyny na Ligę Mistrzów”
Mateusz Miga („Wisła Kraków. Sen o potędze”)
Jeśli przeliczymy to na złotówki i uwzględnimy inflację, wyjdzie około 25 milionów złotych (plus-minus 6 milionów euro). Tylko że nawet ta liczba – potraktowana na sucho – nie powie nam wszystkiego, bo przecież rozmawiamy o zupełnie innych realiach transferowych całych rozgrywek. W latach 90. w lidze roiło się od klubów biednych jak mysz kościelna (Wisła przed Cupiałem należała do tej grupy), rozklekotanych po transformacji ustrojowej. Pozbawionych oparcia w tłustym kontrakcie telewizyjnym. Na ich tle Biała Gwiazda zaczęła wyglądać niczym klub z innej planety. No i jej właściciel bywał także hojny, jeśli chodzi o rozmaite premie. Choć stosowany przez niego system był akurat dość dziwaczny, o czym opowiada Tomasz Frankowski w książce „Franek. Prawdziwa historia łowcy bramek”.
– Dostawaliśmy nagrody za wygrane w lidze, za porażki musieliśmy wpłacać pieniądze do klubowej kasy. Na szczęście w sezonie przegraliśmy tylko trzy razy, a wygraliśmy dwadzieścia trzy. Liczenie było trochę karkołomne, bo klubu nie interesowało, kto grał w zwycięskim meczu, a kto w przegranym. I jeszcze jedno: Wisła zabezpieczyła się, podpisując ze mną umowę na rok plus… siedem. Wtedy Wisła podpisywała długoterminowe kontrakty, z jednym niewinnym punkcikiem. W przypadku słabej formy, na wniosek trenera odsuwano zawodnika do rezerw, obniżając mu wynagrodzenie do 1500 złotych.
A zatem: niby finansowa rozpusta, ale obwarowana zapisami drobnym druczkiem. O tym też warto pamiętać.
No i jeszcze jedno. Nie było tak, że Wisła po premierowe mistrzostwo w erze Tele-foniki sięgnęła wyłącznie dzięki piłkarzom skuszonym przez Cupiała et consortes. Zawodnicy tacy jak Tomasz Kulawik, Bogdan Zając, Grzegorz Pater czy Artur Sarnat doskonale pamiętali czasy walki o powrót na najwyższy szczebel ligowy. Natomiast Maciej Żurawski, Kamil Kosowski czy Arkadiusz Głowacki wylądowali w Krakowie już po mistrzostwie z 1999 roku.
Cupiał transferowych ofensyw w Krakowie przeprowadził jeszcze kilka, choć oczywiście im dalej w las, tym impet jego działań był mniejszy. Skuteczność również. Właściciel Wisły znalazł jednak na polskim podwórku paru naśladowców. I w tym kontekście od razu przypomina się Sabri Bekdas, który w 1999 roku wkroczył z hukiem do pogrążonej w tarapatach Pogoni Szczecin. I wyglądało na to, że może uczynić z Portowców głównych konkurentów Białej Gwiazdy na ekstraklasowym podwórku. Jeśli zresztą spojrzeć na zawodników, którzy wtedy przeprowadzili się do Szczecina, to nie brakowało wśród nich postaci z przeszłością w Wiśle.
Pogoń na przestrzeni trzech okienek transferowych (przede wszystkim latem 2000 roku) zatrudniła między innymi:
Dariusza Dźwigałę z Górnika Zabrze
Grzegorza Mielcarskiego z UD Salamanca
Pawła Skrzypka i Jacka Bednarza z Legii Warszawa
Jerzego Podbrożnego z Zagłębia Lubin
Dariusza Gęsiora, Sergiusza Wiechowskiego i Piotra Mosóra z Widzewa Łódź
Kazimierza Węgrzyna, Daniela Dubickiego, Grzegorza Kaliciaka i Brasilię z Wisły Kraków
Jacka Chańkę z Werderu Brema (w Niemczech furory nie zrobił, ale przez lata stanowił mocny punkt Jagiellonii i Stomilu)
Siergieja Szypowskego z Gazowika Iżewska (wcześniej znanego z długoletnich występów w Hutniku Kraków)
Ferdinanda Chi Fona z Odry Opole
No i oczywiście Olega Salenkę, króla strzelców mistrzostw świata 1994!
– Sabri był kiedyś w zarządzie Besiktasu. Salenko walczył z prezesem Istanbulsporu, jednym z najbogatszych ludzi w Turcji. Tę walkę wygrał, facet musiał zapłacić za zerwanie kontraktu z winy klubu nieprawdopodobne pieniądze. Dla Sabriego to był dodatkowy smaczek, że zabiera piłkarza tamtemu bogaczowi. Salenko kontrakt podpisał prosty: wchodzisz na boisko, dostajesz dziesięć tysięcy dolarów. Strzelisz bramkę, dostajesz jeszcze większą kasę. Podstawowej pensji nie było. Parę razy z nim poszedłem na imprezę, ale to nie było w moim guście. „Chodź Siergiej na piwko!”. Znałem go jeszcze z Dinama, zaczynał tam, gdy grałem w Szachtarze. Mówię – dobra, nie jestem piwoszem, ale wypiję do towarzystwa. Oleg lubił jednak trunkowo wchodzić w górę. Po piwie winko, potem whisky, potem wódka – opowiadał w rozmowie z Weszło Siergiej Szypowski. – Gra w piłkę go nie interesowała. Chciał fajnie spędzić czas. Na treningu czasem kopnął piłkę, a czasem tylko stał i się przyglądał. Częściej jednak nie przychodził wcale. Nie miało to sensu. Instynkt strzelecki mu został, ale fizycznie to były zwłoki.
Bramkarz musi być jak tancerz. Praca nóg, dobry chwyt
Architektem większości z tych transferów był Janusz Wójcik, przez jakiś czas szara eminencja w klubie ze Szczecina, zaufany doradca Bekdasa. Zanosiło się zresztą na to, właśnie były selekcjoner reprezentacji Polski poprowadzi skompletowaną przez samego siebie ekipę w sezonie 2000/01. Jednak turecki biznesmen pokapował się, że „Wujo” – ujmijmy to – nie był z nim do końca szczery. Znowu Szypowski:
– Wójcik sprowadził piętnastu zawodników, same ligowe gwiazdy. Jednak na dwa tygodnie przed startem ligi „Wujo” wyleciał. Bekdas zorientował się, ze robi przekręty finansowe przy transferach. Co do klubu, nagonka na Bekdasa była straszna, wśród działaczy, prezesów, PZPN. Powód prosty – bo płacił i to dobre pieniądze. Ja bym chciał, żeby wszyscy mieli tak, jak my u niego. Chciał zbudować bazę, stadion, były projekty – to wszystko by powstało. Osobowość też miał fajną. Zapraszał nas co środę z rodzinami do knajpy, przychodzili wszyscy. Siadał u szczytu stołu jak ojciec i jedliśmy kolację. Oczywiście istniała grupa zabawowa z Radkiem Majdanem, Bartkiem Ławą, która zjadła i chciała iść na dyskotekę. Ale za którymś razem zastąpili im drogę ochroniarze Sabriego: broń pod płaszczem, porąbane twarze. Turcy. „Panie Majdanie, jak ojciec pójdzie, wszyscy pójdziemy”.
Bekdas zarządzał Pogonią w stylu, który można określić bizantyjskim. Rozrosły się klubowe struktury, standardem były wystawne biesiady, piłkarzom przez jakiś czas nie brakowało ptasiego mleka. Turek nie tworzył jednak w Szczecinie „polskiego Galatasaray” dla czystego kaprysu. Miasto w zamian miało mu wydzierżawić atrakcyjne tereny, gdzie Bekdas planował niebagatelne inwestycje. Zamierzał wybudować tam galerię handlową, centrum sportowe. Tylko że w Szczecinie doszło do zmiany władzy, a nowa ekipa uznała, iż porozumienie poprzedników z Turkiem jest nie do przyjęcia. No i „polskie Galatasaray” natychmiast szlag trafił.
„Nie mogłem podpisać czegoś, co było ze szkodą dla miasta. Chcieliśmy negocjować, ale niestety po drugiej stronie nie było woli kompromisu. Pan Bekdas zażądał od nas bodajże 36 milionów złotych odszkodowania”
Edmund Runowicz, prezydent Szczecina 2001-2002 („Przegląd Sportowy”)
W sezonie 2000/01 szczecinianie uplasowali się na drugim miejscu w ligowej tabeli, tylko za plecami Wisły Kraków. Choć jesienią szli jeszcze z Białą Gwiazdą łeb w łeb, pokonali ją zresztą w bezpośrednim starciu. W przerwie zimowej doszło jednak do pierwszego dużego zgrzytu na linii Bekdas – drużyna. Zniecierpliwiony przeciąganiem liny z samorządowcami właściciel przestał płacić zawodnikom, a ci przez dwa tygodnie okresu przygotowawczego odmawiali udziału w treningach. Wtedy jeszcze konflikt udało się załagodzić, no ale później nie było już na to najmniejszych szans. Turek definitywnie porzucił Pogoń, która dwa lata później upadła.
Trudno oszacować, ile pieniędzy Bekdas wydał na transfery w trakcie swoich krótkich rządów w ekipie Portowców. On sam w jednym z medialnym wystąpień rzucił coś o 14 milionach złotych, co przekładałoby się na 32 miliony (7,5 miliona euro) przy uwzględnieniu inflacji.
Ale to chyba tylko luźno rzucona suma. Przy innej okazji wspominał już o 23 bańkach.
– Proszono mnie bym zainteresował się Pogonią. Uwierzyłem zapewnieniom władz i wykładałem pieniądze na Pogoń, nawet nie mając jeszcze podpisanych umów. Zainwestowałem własne środki i nie dostałem w zamian nic – żalił się Bekdas w 2002 roku na łamach „Głosu Szczecińskiego”.
Dobrzycki czy Cupiał? Podobne cele, nieco inne środki (i realia)
Tak czy owak, przykłady Cupiała i Bekdasa dowodzą, że kolosalne inwestycje skutkowały na przełomie wieków natychmiastowym sukcesem w Ekstraklasie. Na zasadzie: kto gra grubo, wygrać musi. W gruncie rzeczy jedno naprawdę mocne okno transferowe wystarczało, by drużynę z ligowego słabeusza przeobrazić w potentata. Choć oczywiście znajdziemy też z łatwością przykłady transferowych zrywów, które były mniej udane. Ale też o wiele mniej spektakularne. No bo czy Józef Wojciechowski – mimo całego szumu, jaki otaczał jego rządy w Polonii Warszawa – kiedykolwiek naprężył muskuły w stopniu porównywalnym do wyżej wymienionych?
Wrażenie mógł robić sezon 2010/11, kiedy do Czarnych Koszul dołączyli Artur Sobiech (1 milion euro) i Maciej Sadlok (675 tys. euro) z Ruchu Chorzów, a także Djorde Cotra, Bruno Coutinho czy Euzebiusz Smolarek. W sumie Polonia wydała wtedy na wzmocnienia przeszło dwie bańki, a jej piłkarze (w tym – totalnie przeciętni ligowcy albo obcokrajowcy bez znaczącego potencjału) mogli liczyć na bardzo, niekiedy wręcz abstrakcyjnie wysokie wynagrodzenia. No ale równolegle w tym samym oknie Polonia sprzedała przecież Radosława Majewskiego do Nottingham Forest za półtora miliona. Poza tym, zespół wskoczył do Ekstraklasy na licencji Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, drużyny mocnej kadrowo, już należącej do ligowego topu. A zatem największym „transferem” Wojciechowskiego była tak naprawdę transakcja ze Zbigniewem Drzymałą i przejęcie miejsca w elicie oraz zawodników Groclinu za 20 milionów złotych (36 po uwzględnieniu inflacji).
Jednak to już nie to samo co klasyczna, transferowa ofensywa i konstruowanie potęgi „od zera”.
Lechia Gdańsk po przejęciu klubu przez Franza-Josefa Wernzego gruntownie przebudowała skład w oparciu o graczy o mocnych nazwiskach. Tylko w sezonie 2014/15 do Trójmiasta trafili Sebastian Mila, Jakub Wawrzyniak, Ariel Borysiuk, Bartłomiej Pawłowski, Adam Buksa, Grzegorz Wojtkowiak, Maciej Makuszewski, Daniel Łukasik, Mateusz Możdżeń i Adam Dźwigała, a do tego cały zastęp obcokrajowców, w tym Antonio Colak czy Danijel Aleksić. Niedługo potem szeregi Biało-Zielonych wzmocnili również Sławomir Peszko, bracia Paixao, Milos Krasić, Michał Chrapek i Vanja Milinković-Savić. No i niby była w tym szaleństwie jakaś metoda, skoro Lechia zaliczyła najlepszy okres w historii swych występów w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale po mistrzostwo Polski sięgnąć finalnie nie zdołała. Musiał jej wystarczyć krajowy puchar, wywalczony w 2019 roku. Bez udziału większości z wymienionych piłkarzy.
Z rozmysłem nie dokładamy do tej wyliczanki mocniejszych okienek transferowych w wykonaniu Legii Warszawa albo ostatnich wydatków Rakowa Częstochowa czy Lecha Poznań. Jeśli bowiem dany klub ma ugruntowaną pozycję w czołówce i jest przyzwyczajony do gry w europejskich pucharach, to jego zakupy – nawet pokaźne – mają jednak zupełnie inną wymowę niż w przypadku drużyn, które do bram Europy nie zdołały jeszcze w ogóle zapukać. A takim zespołem jest obecnie Widzew.
Łodzianie po powrocie do elity ani razu nie uplasowali się powyżej dziewiątego miejsca w tabeli, a ich ostatnia europejska przygoda wydarzyła się przeszło ćwierć wieku temu. Nawet w bieżącej kampanii bliżej im do walki o utrzymanie niż o puchary, no ale to ma się oczywiście zmienić już w najbliższych tygodniach.
Pozycja Widzewa w tabeli (przypomnijmy: 15. po osiemnastu kolejkach) to chyba największy problem Roberta Dobrzyckiego w tym – nazwijmy to – pojedynku z Bogusławem Cupiałem. Ten drugi potrzebował jednego okienka, by swoimi inwestycjami zrobić różnicę. Ten pierwszy ma zaś za sobą całą rundę rozczarowujących rezultatów. Tylko że to świadczy raczej o tym, iż Ekstraklasa jest dziś całościowo bogatsza. Bardziej konkurencyjna niż w 1998 roku.
Widać też wyraźnie, jak zmieniły się na przestrzeni dekad uwarunkowania rynkowe. Wisła Cupiała traktowała krajowe podwórko niczym źródełko, z którego mogła sobie czerpać do woli. Raz czy drugi dostała po nosie i odchodziła jak niepyszna, jasne, ale – co do zasady – kupowała kogo tylko chciała. (Prawie) każdy chciał otrzymać od niej ofertę. W przypadku Widzewa nie ma mowy o takiej swobodzie działań. Dlatego wyciągnięcie Mariusza Fornalczyka z Korony Kielce było tak znaczącym, wręcz symbolicznym wydarzeniem. Jednak ten medal, jak to zwykle z medalami bywa, ma także drugą stronę. Musiało bowiem upłynąć sporo wody w, nomen omen, Wiśle, nim Biała Gwiazda stała się naprawdę aktywna w poszukiwaniu wzmocnień na rynkach zagranicznych. Tymczasem łodzianie jak gdyby nigdy nic kontraktują obecnie zawodników z Danii, Norwegii, Szwajcarii czy Hiszpanii. W latach 90. gracze z tych krajów na propozycję z Polski nawet by nie spojrzeli.
Punktem wspólnym dla tamtej Wisły i dzisiejszego Widzewa jest natomiast z całą pewnością skupienie na reprezentantach Polski. Biała Gwiazda od razu namówiła do powrotu na polskie boiska paru graczy z doświadczeniem w zmaganiach międzypaństwowych. RTS z wielką pompą ściągnął Bartłomieja Drągowskiego i Przemysława Wiśniewskiego, a miał też na celowniku Tomasza Kędziorę. Jedno się zatem przez tych kilkadziesiąt lat akurat nie zmieniło – posiadanie wystarczających argumentów finansowych i sportowych, by przekonać polskiego kadrowicza do zakończenia zagranicznych wojaży, dalej traktowane jest jako świadectwo rosnącej siły klubu.
„Przychodzę do Widzewa, bo widzę, że ma duże ambicje. Nie udało mi się zdobyć mistrzostwa Polski z Jagiellonią, a bardzo chciałbym mieć w dorobku taki tytuł. Zrobię wszystko, żeby jak najszybciej podnieść puchar w Widzewie”
Bartłomiej Drągowski po podpisaniu kontraktu z Widzewem
Początki Cupiała i Dobrzyckiego charakteryzuje również pewien zamęt dotyczący obsady ławki trenerskiej. Tylko że w Widzewie na razie obserwujemy eksperymenty ze szkoleniowcami zagranicznymi plus niedoświadczonym Patrykiem Czubakiem, podczas gdy Wisła stawiała w pierwszej kolejności na duże nazwiska z Polski (Smuda, Lenczyk, Kasperczak) oraz szkoleniowców od lat związanych z klubem (tutaj za przykład niech posłuży Adam Nawałka). Można się więc pokusić o przypuszczenie, że gdyby Cupiał był dziś właścicielem Widzewa, to zrobiłby wszystko, by ściągnąć do Łodzi Adriana Siemieńca (bo z Markiem Papszunem już musztarda po obiedzie).
Z kolei odpowiednikiem zatrudnionego w 2002 roku Henryka Kasperczaka – jeśli już szkicujemy tego rodzaju koślawe analogie – mógłby być Maciej Skorża, który sięgnął po dwa tytuły mistrzowskie z Wisłą w erze Tele-foniki, więc spiąłby całe te nasze rozważania efektowną klamrą.
***
No dobra, tutaj popuściliśmy wodze fantazji.
Czas zejść na ziemię i przywołać twarde liczby. 20,33 miliona euro – tyle (według danych Transfermarkt) wydał na wzmocnienia Widzew w letnim i zimowym oknie, a przecież nie jest powiedziane, że łodzianie już nas niczym nie zaskoczą. Można, a nawet trzeba czynić wszelkie zastrzeżenia co do tego, jak zmieniał się piłkarski świat, ale fakty są takie, że tego rodzaju kwotami w takim tempie jeszcze nikt w polskim futbolu nie szastał. Sęk w tym, że zimowa ofensywa transferowa Cupiała z 1998 roku nie byłaby dziś tak legendarna, gdyby Biała Gwiazda w rundzie wiosennej nie rozwaliła 6:0 Widzewa. Gdyby nie wyskoczyła z dolnych rejonów tabeli na podium. Wreszcie – gdyby w kolejnej kampanii nie sięgnęła po mistrzostwo Polski z blisko dwudziestopunktową przewagą nad wiceliderem.
Można naturalnie ówczesnemu właścicielowi krakowskiej ekipy wypominać błędy, ale z pewnością udało mu się w okamgnieniu wykreować w klubie tak zwaną kulturę zwyciężania. W Widzewie Dobrzyckiego – przynajmniej jesienią – nie było jeszcze jej jeszcze widać. Tylko jeżeli to się zmieni w rundzie wiosennej – może z pieczątką w postaci sukcesu w Pucharze Polski? – będzie można z czystym sumieniem odtrąbić najmocniejsze w historii wejście prywatnego inwestora do Ekstraklasy.
Dobrzycki tonuje oczekiwania. „Bez pucharów nic się nie stanie”
Dopóki Widzew szwenda się w okolicach strefy spadkowej, palmę pierwszeństwa zachowuje Cupiał.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Były właściciel Widzewa: Dryfujemy w kierunku kultury Legii
Boniek o Dobrzyckim: Wszedł nakładką, wyprostowaną nogą
Wiśniewski w Widzewie, czyli kolejny pokaz siły klubu
Dyrektor Widzewa o transferach. „Odbiliśmy się od Polaków”
fot. NewsPix.pl
Artykuł Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała? pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała? pochodzi z serwisu weszlo.com.
Naprawdę nie jest łatwo odpowiedzieć na tak postawione pytania, ponieważ na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat totalnie zmieniła się zarówno Ekstraklasa, jak i rynek transferowy jako całość. Zmieniła się też – po prostu – Polska, co nie jest w tej dyskusji bez znaczenia. Cofnijmy się jednak do drugiej połowy lat 90. i przyjrzyjmy pierwszemu etapowi rządów Cupiała. A przy okazji przypomnijmy „wjazdy” do Ekstraklasy w wykonaniu paru innych biznesmenów z apetytem na szybki sukces.
Transferowe ofensywy właścicieli klubów w Ekstraklasie. Kto poszedł najgrubiej?
Spis treści
Transferowe ofensywy właścicieli klubów w Ekstraklasie. Kto poszedł najgrubiej?
Pierwsza ofensywa transferowa Cupiała. Gorąca zima w Krakowie
Cupiał dopiął swego. Nie czekał długo na pierwsze mistrzostwo Polski
Bekdas rzucił rękawicę Cupiałowi. Ale szybko skończył zabawę
Dobrzycki czy Cupiał? Podobne cele, nieco inne środki (i realia)
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Pierwsza ofensywa transferowa Cupiała. Gorąca zima w Krakowie
Lata 90. były – mówiąc w uproszczeniu – trudnym czasem dla Wisły. Wprawdzie w sezonie 1990/91 Biała Gwiazda uplasowała się w Ekstraklasie (ówczesnej 1. lidze, ale dla większej klarowności będziemy się trzymać obecnego nazewnictwa) na najniższym stopniu podium, ale już trzy lata później krakowianie pożegnali się z elitą po zajęciu piętnastego miejsca w stawce. Przystąpili zresztą wówczas do ligowych zmagań z ujemnymi punktami, co było następstwem tak zwanej „niedzieli cudów” z czerwca 1993 roku. Do najwyżej klasy rozgrywkowej powrócili po dwóch latach spędzonych na zapleczu, lecz bez większych nadziei na sukcesy.
– Są sezony, gdy trzeba ustąpić z aspiracji. Sądząc po nazwiskach widniejących w naszym składzie – nie jest najlepiej. Ale najlepsze nazwiska są na nagrobkach – tłumaczył z typową dla siebie szczerością i humorem Wojciech Łazarek, który zimą 1997 roku zastąpił na ławce trenerskiej Henryka Apostela.
Ura bura ciocia Agata. Najlepsze teksty Wojciecha Łazarka
Przed kolejną degradacją piłkarze Wisły uratowali się na samym finiszu sezonu 1996/97, wygrywając 5:2 ze Stomilem Olsztyn.
Kiepskie rezultaty były naturalnym następstwem cieniutkiej sytuacji finansowej klubu. Białej Gwiazdy nie było stać na wykupienie Roberta Szopy z Rakowa Częstochowa. Tomasz Kulawik starał się wymusić na działaczach transfer do Polonii Warszawa. Wisła przegapiła też okazję do podpisania kontraktu z Emmanuelem Olisadebe, za którego trzeba było wyłożyć na stół przeszło 100 tysięcy dolarów (a Łazarek i tak nie był przekonany do późniejszego reprezentanta Polski). Do wyliczanki można dołożyć także fiasko w negocjacjach z Marcinem Danielewiczem, Pawłem Krzeszowiakiem, Krzysztofem Dudą czy Krzysztofem Hajdukiem.
Jeżeli nie kojarzycie tych zawodników, to w sumie nic dziwnego. Umówmy się, że nie były to znaczące postaci polskiego futbolu. Po prostu ledwo wiążąca koniec z końcem Wisła często szukała wtedy wzmocnień wśród graczy z niższych lig, tak zwanych „piłkarzy z regionu”. Sporym wydarzeniem było zatrudnienie 35-letniego Marka Koniarka, tylko że były snajper Widzewa Łódź w ekipie Białej Gwiazdy nie zapisał na swoim koncie ani jednego gola. Dlatego kiedy Wisła zaczęła sezon 1997/98 od wyjazdowej klęski 0:4 z GKS-em Katowice, nie było to wielkie zaskoczenie. Trzy punkty zgarnął zespół po prostu mocniejszy kadrowo.
– Na mecz z tak renomowanym zespołem nie mieliśmy w pełni dopracowanego składu. Rezultat był zaskoczeniem, za to odebrałem przegraną jako porażkę nadziei – przyznał Łazarek, który z przymrużeniem oka wypowiadał się też o firmie Unimil, głównym sponsorze Wisły: – Prezerwatywy Unimil? Dobre, ale akurat mnie spadają.
Mamy zatem Wisłę, która obawia się ponownego spadku z Ekstraklasy. Wisłę, która jest zespołem pozbawionym gwiazd. Wisłę, w której standardem są obsuwy w wypłatach, braki w sprzęcie treningowym, a klubowa infrastruktura woła o pomstę do nieba. Wreszcie Wisłę, której flagowy sponsor jest obiektem kpin całej piłkarskiej Polski. Do takiego właśnie klubu jesienią 1997 roku z drzwiami i futryną Bogusław Cupiał, właściciel Tele-Foniki. – On miał jedną fantastyczną cechę. Mówił tak: albo do tego klubu wejdę i zrobię z niego klub wielki, albo po prostu nie wejdę wcale. Bo taka nijakość mnie nie interesuje. I on powiedział: jeśli wejdę, to tylko i wyłącznie interesuje mnie najwyższy poziom – wspomina Piotr Skrobowski, współwłaściciel Wisły w latach 90., w serialu „Wisła Cupiała”.
– Nie mam wątpliwości, że nie był to jedynie kaprys bogatego człowieka, ale plan na to, żeby z klubu piłkarskie – poza tym, że daje dużą satysfakcję właścicielowi, jeżeli wygrywa – uczynić dochodowe przedsiębiorstwo – dodaje Tomasz Prusek z „Gazety Wyborczej”.
„To nie jest laurka dla Cupiała”. Kulisy nowego serialu o Wiśle Kraków
Już pierwsze okienko transferowe ery Cupiała robiło kolosalne wrażenie. Do Krakowa trafiło kilkunastu graczy, w tym:
Radosław Kałużny – gwiazda Zagłębia Lubin, świeżo upieczony reprezentant Polski
Kazimierz Węgrzyn – ściągnięty z austriackiego SV Reid, doświadczony stoper, także z występami w kadrze
Krzysztof Bukalski – przez lata gwiazda Hutnika Kraków, Wisła ściągnęła go z KRC Genk; kolejny reprezentant kraju
Ryszard Czerwiec – dwukrotny mistrz Polski z Widzewem Łódź, przez Wisłę wykupiony z EA Guingamp; oczywiście z doświadczeniem w kadrze
Grzegorz Kaliciak – pomógł Wiśle awansować do Ekstraklasy po czym nacisnął na transfer do Belgii, szybko przekonano go do powrotu
Do tego można wspomnieć także Grzegorza Nicińskiego czy Daniela Dubickiego. Ten drugi trafił do Wisły z ŁKS-u w połowie sezonu, który dla drużyny z Łodzi zakończył się mistrzostwem Polski. – Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w Krakowie będzie tak silny zespół. Byłem pierwszym nabytkiem Wisły za czasów Tele-Foniki. Zajmowali wówczas trzynaste miejsce, więc przychodziłem do zespołu, który miał walczyć o utrzymanie – opowiadał napastnik portalowi „Retro Futbol”.
Ostatecznie Biała Gwiazda uplasowała się na trzecim miejscu w lidze, gwarantującym udział w eliminacjach do Pucharu UEFA. Nie zdołała dogonić ŁKS-u i Polonii Warszawa, ale wyprzedziła w tabeli Widzew oraz Legię – dwie potęgi polskiego futbolu lat 90. Była to zatem symboliczna zmiana warty, którą dodatkowo uwypuklało bezpośrednie starcie przebudowanej Wisły z Widzewem, zakończone spektakularnym triumfem krakowian (6:0).
– Najpierw muszę zdementować pogłoski o tym, jakobym miał rozstać się z Widzewem. Chcę panom powiedzieć, że Smuda nie tylko był przy drużynie wówczas, kiedy odnosiła ona sukcesy. A nie opuszcza jej również i teraz, kiedy przeżywa ona kryzys i boryka się z rozlicznymi problemami. Właśnie teraz należą się także podziękowania dla tych wszystkich, którzy w tej trudnej sytuacji organizacyjnej i finansowej klubu spieszą mu z pomocą – grzmiał po końcowym gwizdku Franciszek Smuda.
Tymczasem Łazarek ciskał bon motami na lewo i prawo: – Zagraliśmy tak dobrze, że moje jądra same składały się do oklasków.
Kilka miesięcy później trenerem Wisły był już jednak… Smuda. Jeszcze jedna demonstracja możliwości Cupiała – ostatecznie w tamtym okresie Franz uchodził za najlepszego fachowca w kraju i miał już w dorobku dwa mistrzowskie tytuły oraz występy w fazie grupowej Champions League.
Cupiał dopiął swego. Nie czekał długo na pierwsze mistrzostwo Polski
„Baryła” stracił posadę przy Reymonta jeszcze w trakcie sezonu 1997/98. Wystarczyła do tego druga porażka w rundzie rewanżowej (przy ośmiu wygranych i jednym remisie). Cupiał i jego wspólnicy z Tele-Foniki naprawdę liczyli, że wystarczy jedna transferowa ofensywa, by Wisła sięgnęła po tytuł. – To była kwestia charakteru. Tego chciejstwa wynikowego. Cupiał musiał wszystko wygrywać. Jemu się nie mieściło w głowie, że zainwestował tyle pieniędzy, a to się nie przekłada [na sukces]. Pamiętam, jak mówił: „jak to jest, że jak w firmie włożę pięć milionów, to wyjmę siedem, a kiedy włożę pięć milionów w piłce, to pięć stracę?”. Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że to jest właśnie specyfika tej zabawy, w którą wszedł. Że inaczej się nie da – wspomina Zbigniew Koźmiński w przywoływanym już wcześniej serialu.
I rzeczywiście, kasa wpompowana do klubowego budżetu była olbrzymia. Zawodnicy tacy jak Bukalski, Czerwiec czy Kaliciak mogli najzwyczajniej w świecie liczyć w Krakowie na wyższe wynagrodzenia niż w zachodnioeuropejskich klubach, co było wręcz szokujące w ówczesnych realiach. Niektórzy piłkarze początkowo nie dowierzali zresztą w przedstawiane im oferty. Bukalski zrobił dokładne rozpoznanie, zanim zdecydował się złożyć podpis pod tak atrakcyjnym kontraktem.
– Nie brakowało w tamtych czasach przykładów klubów, które wypływały w jakichś dziwnych okolicznościach i szybko znikały. W Genku liznąłem prawdziwej stabilizacji, gwarancji wypłacalności. Wolałem się więc upewnić, że ta Wisła to poważny projekt, z mocnymi podstawami, zwłaszcza że w tamtych czasach nie było takich wymogów licencyjnych, kluby mogły bezkarnie nie płacić. Swoimi kanałami szybko się upewniłem, że wszystko jest w porządku – mówił w rozmowie z Weszło.
– Z Genkiem podpisałem czteroletni kontrakt, w momencie transferu obowiązywał jeszcze przez dwa i pół roku. Skoro miałem wracać do Polski będąc reprezentantem, nie z podkulonym ogonem, mogąc dalej grać na Zachodzie, siłą rzeczy wszystko musiało się też zgadzać ekonomicznie. Nie ukrywam, że długo negocjowałem z Wisłą. W pewnym momencie obie strony miały siebie dość, ale w końcu się dogadaliśmy. Umowę podpisaliśmy w sylwestra 1997 roku.
W Racingu Genk nikt nie obgadywał trenera, nawet w szatni. U nas to powszechne
„To był wyjątkowy projekt. Nie przypominam sobie, by jakiś inny klub sprowadzał praktycznie samych reprezentantów Polski. Błyskawicznie powstała świetna drużyna”
Krzysztof Bukalski
Trzeba jednak zaznaczyć, że drugie okno transferowe było już w wykonaniu Wisły nieco spokojniejsze.
Wrażenie robiło przede wszystkim zatrudnienie wspomnianego Smudy, a także namówienie do powrotu na polskie boiska Tomasza Frankowskiego. Teoretycznie na zasadzie wolnego transferu, ale Wisła i tak musiała zapłacić 300 tysięcy dolarów odszkodowania FC Martigues, bo w nienależącej jeszcze do Unii Europejskiej Polsce nie obowiązywało „prawo Bosmana”. Jednak wielu transferów działaczom Wisły zwyczajnie nie udało się przyklepać. Zdano sobie bowiem sprawę z ambicji i swego rodzaju zapalczywości szefa Tele-foniki, więc zaczęto stawiać wygórowane, nierzadko zaporowe warunki w negocjacjach.
W efekcie nie ściągnięto do Krakowa takich graczy jak Marcin Kuźba, Tomasz Kłos, Paweł Wojtala, Mirosław Trzeciak, Marek Saganowski czy Rafał Kaczmarczyk. Inna sprawa, że niektórzy z wymienionych i tak w ostatecznym rozrachunku dla drużyny ze stolicy Małopolski zagrali, tylko że trochę później. Ale na przykład Marcin Mięciel nie chciał zmieniać Legii na Wisłę.
– Legię wtedy stać było na każdego w lidze – dowodził po latach. – Mogliśmy kupić „Żurawia”, Kałużnego, reprezentantów – dokładnie to, co zrobiła Wisła. A kupowaliśmy… lepszych i gorszych. Każdy z działaczy ówczesnej Legii brał zawodników według swojego widzimisię i tak naprawdę mieliśmy zespół średni. Nie wykorzystano Daewoo. Można było stworzyć topowy zespół. Ci ludzie, którzy wtedy kręcili się wokół Legii, nie wiem czy chcieli ją budować, czy… a, szkoda gadać. Naprawdę nie wiem o co tam chodziło. A popatrzmy na erę Cupiała w Wiśle: poukładał wszystko tak, że ludzie ciągnęli wózek w jedną stronę. Dzięki temu zbudował zespół na lata. My mieliśmy w Legii jeszcze większe pieniądze niż Cupiał, ale zostało to roztrwonione. Do mnie też z Wisły dzwonili i chcieli wtedy wykupić.
„Za pierwszą pensję z Legii kupiłem mamie malucha”
Krakowianom nie udało się też pierwsze podejście do transferu Olgierda Moskalewicza z Pogoni Szczecin, co opisuje Mateusz Miga w książce „Wisła Kraków. Sen o potędze”. Kierownictwo Portowców oczekiwało bowiem kwoty odstępnego na poziomie miliona marek. Działacze ze Szczecina musieli jednak spuścić z tonu.
Miga pisze: – Moskalewicz nie chciał się ruszać ze Szczecina, ale nawet on miał już po dziurki w nosie fatalnej sytuacji finansowej Pogoni. Jego karta zawodnicza została zastawiona w restauracji Korner. Piłkarz wspomina: „to była jadłodajnia, w której stołowała się drużyna. Przez kilka miesięcy narastał dług Pogoni wobec restauracji, więc w końcu przekazano tam w zastaw moją kartę. […] W Pogoni wszyscy piłkarze mieli już dość tej sytuacji. Cieszyłem się, że pieniądze z mojego transferu [1,25 miliona złotych] pozwoliły na uregulowanie choć części zobowiązań klubu wobec zawodników. Z panem Kapką porozumiałem się praktycznie natychmiast. Dostałem więcej, niż oczekiwałem. A gdy przyjechałem do Krakowa, okazało się, że mój kontrakt jest… jeszcze wyższy. Była to miła niespodzianka”.
W sezonie 1998/99 Wisła pod wodzą Smudy sięgnęła po upragnione mistrzostwo Polski. I to z miażdżącą przewagą nad resztą stawki. Był to pierwszy ligowy tytuł Białej Gwiazdy od 1978 roku, a zarazem pierwszy z ośmiu, jakie drużyna z Reymonta miała wywalczyć w złotej erze Bogusława Cupiała.
Bekdas rzucił rękawicę Cupiałowi. Ale szybko skończył zabawę
Szalona ofensywa transferowa przyniosła więc błyskawiczny efekt. Zimą 1998 roku Wisła z drużyny walczącej o utrzymanie przeobraziła się w zespół z ekstraklasowego topu, a latem Cupiał i jego ludzie uczynili już z Białej Gwiazdy ligowego giganta. Kupiony w połowie mistrzowskiego sezonu 1998/99 Moskalewicz był niejako wisienką na torcie, bo zapewne tytuł padłby łupem Wiślaków nawet gdyby ten transfer nie doszedł koniec końców do skutku. Cytowany już Mateusz Miga szacuje, że tylko w ciągu pierwszych dwóch miesięcy swoich rządów szef Tele-foniki przeznaczył na nowych piłkarzy około 2,5 miliona dolarów.
„Takich pieniędzy w tak krótkim czasie jeszcze nigdy nie rzucono na polski rynek. Nawet wtedy, gdy Legia Warszawa czy Widzew Łódź budowały drużyny na Ligę Mistrzów”
Mateusz Miga („Wisła Kraków. Sen o potędze”)
Jeśli przeliczymy to na złotówki i uwzględnimy inflację, wyjdzie około 25 milionów złotych (plus-minus 6 milionów euro). Tylko że nawet ta liczba – potraktowana na sucho – nie powie nam wszystkiego, bo przecież rozmawiamy o zupełnie innych realiach transferowych całych rozgrywek. W latach 90. w lidze roiło się od klubów biednych jak mysz kościelna (Wisła przed Cupiałem należała do tej grupy), rozklekotanych po transformacji ustrojowej. Pozbawionych oparcia w tłustym kontrakcie telewizyjnym. Na ich tle Biała Gwiazda zaczęła wyglądać niczym klub z innej planety. No i jej właściciel bywał także hojny, jeśli chodzi o rozmaite premie. Choć stosowany przez niego system był akurat dość dziwaczny, o czym opowiada Tomasz Frankowski w książce „Franek. Prawdziwa historia łowcy bramek”.
– Dostawaliśmy nagrody za wygrane w lidze, za porażki musieliśmy wpłacać pieniądze do klubowej kasy. Na szczęście w sezonie przegraliśmy tylko trzy razy, a wygraliśmy dwadzieścia trzy. Liczenie było trochę karkołomne, bo klubu nie interesowało, kto grał w zwycięskim meczu, a kto w przegranym. I jeszcze jedno: Wisła zabezpieczyła się, podpisując ze mną umowę na rok plus… siedem. Wtedy Wisła podpisywała długoterminowe kontrakty, z jednym niewinnym punkcikiem. W przypadku słabej formy, na wniosek trenera odsuwano zawodnika do rezerw, obniżając mu wynagrodzenie do 1500 złotych.
A zatem: niby finansowa rozpusta, ale obwarowana zapisami drobnym druczkiem. O tym też warto pamiętać.
No i jeszcze jedno. Nie było tak, że Wisła po premierowe mistrzostwo w erze Tele-foniki sięgnęła wyłącznie dzięki piłkarzom skuszonym przez Cupiała et consortes. Zawodnicy tacy jak Tomasz Kulawik, Bogdan Zając, Grzegorz Pater czy Artur Sarnat doskonale pamiętali czasy walki o powrót na najwyższy szczebel ligowy. Natomiast Maciej Żurawski, Kamil Kosowski czy Arkadiusz Głowacki wylądowali w Krakowie już po mistrzostwie z 1999 roku.
Cupiał transferowych ofensyw w Krakowie przeprowadził jeszcze kilka, choć oczywiście im dalej w las, tym impet jego działań był mniejszy. Skuteczność również. Właściciel Wisły znalazł jednak na polskim podwórku paru naśladowców. I w tym kontekście od razu przypomina się Sabri Bekdas, który w 1999 roku wkroczył z hukiem do pogrążonej w tarapatach Pogoni Szczecin. I wyglądało na to, że może uczynić z Portowców głównych konkurentów Białej Gwiazdy na ekstraklasowym podwórku. Jeśli zresztą spojrzeć na zawodników, którzy wtedy przeprowadzili się do Szczecina, to nie brakowało wśród nich postaci z przeszłością w Wiśle.
Pogoń na przestrzeni trzech okienek transferowych (przede wszystkim latem 2000 roku) zatrudniła między innymi:
Dariusza Dźwigałę z Górnika Zabrze
Grzegorza Mielcarskiego z UD Salamanca
Pawła Skrzypka i Jacka Bednarza z Legii Warszawa
Jerzego Podbrożnego z Zagłębia Lubin
Dariusza Gęsiora, Sergiusza Wiechowskiego i Piotra Mosóra z Widzewa Łódź
Kazimierza Węgrzyna, Daniela Dubickiego, Grzegorza Kaliciaka i Brasilię z Wisły Kraków
Jacka Chańkę z Werderu Brema (w Niemczech furory nie zrobił, ale przez lata stanowił mocny punkt Jagiellonii i Stomilu)
Siergieja Szypowskego z Gazowika Iżewska (wcześniej znanego z długoletnich występów w Hutniku Kraków)
Ferdinanda Chi Fona z Odry Opole
No i oczywiście Olega Salenkę, króla strzelców mistrzostw świata 1994!
– Sabri był kiedyś w zarządzie Besiktasu. Salenko walczył z prezesem Istanbulsporu, jednym z najbogatszych ludzi w Turcji. Tę walkę wygrał, facet musiał zapłacić za zerwanie kontraktu z winy klubu nieprawdopodobne pieniądze. Dla Sabriego to był dodatkowy smaczek, że zabiera piłkarza tamtemu bogaczowi. Salenko kontrakt podpisał prosty: wchodzisz na boisko, dostajesz dziesięć tysięcy dolarów. Strzelisz bramkę, dostajesz jeszcze większą kasę. Podstawowej pensji nie było. Parę razy z nim poszedłem na imprezę, ale to nie było w moim guście. „Chodź Siergiej na piwko!”. Znałem go jeszcze z Dinama, zaczynał tam, gdy grałem w Szachtarze. Mówię – dobra, nie jestem piwoszem, ale wypiję do towarzystwa. Oleg lubił jednak trunkowo wchodzić w górę. Po piwie winko, potem whisky, potem wódka – opowiadał w rozmowie z Weszło Siergiej Szypowski. – Gra w piłkę go nie interesowała. Chciał fajnie spędzić czas. Na treningu czasem kopnął piłkę, a czasem tylko stał i się przyglądał. Częściej jednak nie przychodził wcale. Nie miało to sensu. Instynkt strzelecki mu został, ale fizycznie to były zwłoki.
Bramkarz musi być jak tancerz. Praca nóg, dobry chwyt
Architektem większości z tych transferów był Janusz Wójcik, przez jakiś czas szara eminencja w klubie ze Szczecina, zaufany doradca Bekdasa. Zanosiło się zresztą na to, właśnie były selekcjoner reprezentacji Polski poprowadzi skompletowaną przez samego siebie ekipę w sezonie 2000/01. Jednak turecki biznesmen pokapował się, że „Wujo” – ujmijmy to – nie był z nim do końca szczery. Znowu Szypowski:
– Wójcik sprowadził piętnastu zawodników, same ligowe gwiazdy. Jednak na dwa tygodnie przed startem ligi „Wujo” wyleciał. Bekdas zorientował się, ze robi przekręty finansowe przy transferach. Co do klubu, nagonka na Bekdasa była straszna, wśród działaczy, prezesów, PZPN. Powód prosty – bo płacił i to dobre pieniądze. Ja bym chciał, żeby wszyscy mieli tak, jak my u niego. Chciał zbudować bazę, stadion, były projekty – to wszystko by powstało. Osobowość też miał fajną. Zapraszał nas co środę z rodzinami do knajpy, przychodzili wszyscy. Siadał u szczytu stołu jak ojciec i jedliśmy kolację. Oczywiście istniała grupa zabawowa z Radkiem Majdanem, Bartkiem Ławą, która zjadła i chciała iść na dyskotekę. Ale za którymś razem zastąpili im drogę ochroniarze Sabriego: broń pod płaszczem, porąbane twarze. Turcy. „Panie Majdanie, jak ojciec pójdzie, wszyscy pójdziemy”.
Bekdas zarządzał Pogonią w stylu, który można określić bizantyjskim. Rozrosły się klubowe struktury, standardem były wystawne biesiady, piłkarzom przez jakiś czas nie brakowało ptasiego mleka. Turek nie tworzył jednak w Szczecinie „polskiego Galatasaray” dla czystego kaprysu. Miasto w zamian miało mu wydzierżawić atrakcyjne tereny, gdzie Bekdas planował niebagatelne inwestycje. Zamierzał wybudować tam galerię handlową, centrum sportowe. Tylko że w Szczecinie doszło do zmiany władzy, a nowa ekipa uznała, iż porozumienie poprzedników z Turkiem jest nie do przyjęcia. No i „polskie Galatasaray” natychmiast szlag trafił.
„Nie mogłem podpisać czegoś, co było ze szkodą dla miasta. Chcieliśmy negocjować, ale niestety po drugiej stronie nie było woli kompromisu. Pan Bekdas zażądał od nas bodajże 36 milionów złotych odszkodowania”
Edmund Runowicz, prezydent Szczecina 2001-2002 („Przegląd Sportowy”)
W sezonie 2000/01 szczecinianie uplasowali się na drugim miejscu w ligowej tabeli, tylko za plecami Wisły Kraków. Choć jesienią szli jeszcze z Białą Gwiazdą łeb w łeb, pokonali ją zresztą w bezpośrednim starciu. W przerwie zimowej doszło jednak do pierwszego dużego zgrzytu na linii Bekdas – drużyna. Zniecierpliwiony przeciąganiem liny z samorządowcami właściciel przestał płacić zawodnikom, a ci przez dwa tygodnie okresu przygotowawczego odmawiali udziału w treningach. Wtedy jeszcze konflikt udało się załagodzić, no ale później nie było już na to najmniejszych szans. Turek definitywnie porzucił Pogoń, która dwa lata później upadła.
Trudno oszacować, ile pieniędzy Bekdas wydał na transfery w trakcie swoich krótkich rządów w ekipie Portowców. On sam w jednym z medialnym wystąpień rzucił coś o 14 milionach złotych, co przekładałoby się na 32 miliony (7,5 miliona euro) przy uwzględnieniu inflacji.
Ale to chyba tylko luźno rzucona suma. Przy innej okazji wspominał już o 23 bańkach.
– Proszono mnie bym zainteresował się Pogonią. Uwierzyłem zapewnieniom władz i wykładałem pieniądze na Pogoń, nawet nie mając jeszcze podpisanych umów. Zainwestowałem własne środki i nie dostałem w zamian nic – żalił się Bekdas w 2002 roku na łamach „Głosu Szczecińskiego”.
Dobrzycki czy Cupiał? Podobne cele, nieco inne środki (i realia)
Tak czy owak, przykłady Cupiała i Bekdasa dowodzą, że kolosalne inwestycje skutkowały na przełomie wieków natychmiastowym sukcesem w Ekstraklasie. Na zasadzie: kto gra grubo, wygrać musi. W gruncie rzeczy jedno naprawdę mocne okno transferowe wystarczało, by drużynę z ligowego słabeusza przeobrazić w potentata. Choć oczywiście znajdziemy też z łatwością przykłady transferowych zrywów, które były mniej udane. Ale też o wiele mniej spektakularne. No bo czy Józef Wojciechowski – mimo całego szumu, jaki otaczał jego rządy w Polonii Warszawa – kiedykolwiek naprężył muskuły w stopniu porównywalnym do wyżej wymienionych?
Wrażenie mógł robić sezon 2010/11, kiedy do Czarnych Koszul dołączyli Artur Sobiech (1 milion euro) i Maciej Sadlok (675 tys. euro) z Ruchu Chorzów, a także Djorde Cotra, Bruno Coutinho czy Euzebiusz Smolarek. W sumie Polonia wydała wtedy na wzmocnienia przeszło dwie bańki, a jej piłkarze (w tym – totalnie przeciętni ligowcy albo obcokrajowcy bez znaczącego potencjału) mogli liczyć na bardzo, niekiedy wręcz abstrakcyjnie wysokie wynagrodzenia. No ale równolegle w tym samym oknie Polonia sprzedała przecież Radosława Majewskiego do Nottingham Forest za półtora miliona. Poza tym, zespół wskoczył do Ekstraklasy na licencji Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, drużyny mocnej kadrowo, już należącej do ligowego topu. A zatem największym „transferem” Wojciechowskiego była tak naprawdę transakcja ze Zbigniewem Drzymałą i przejęcie miejsca w elicie oraz zawodników Groclinu za 20 milionów złotych (36 po uwzględnieniu inflacji).
Jednak to już nie to samo co klasyczna, transferowa ofensywa i konstruowanie potęgi „od zera”.
Lechia Gdańsk po przejęciu klubu przez Franza-Josefa Wernzego gruntownie przebudowała skład w oparciu o graczy o mocnych nazwiskach. Tylko w sezonie 2014/15 do Trójmiasta trafili Sebastian Mila, Jakub Wawrzyniak, Ariel Borysiuk, Bartłomiej Pawłowski, Adam Buksa, Grzegorz Wojtkowiak, Maciej Makuszewski, Daniel Łukasik, Mateusz Możdżeń i Adam Dźwigała, a do tego cały zastęp obcokrajowców, w tym Antonio Colak czy Danijel Aleksić. Niedługo potem szeregi Biało-Zielonych wzmocnili również Sławomir Peszko, bracia Paixao, Milos Krasić, Michał Chrapek i Vanja Milinković-Savić. No i niby była w tym szaleństwie jakaś metoda, skoro Lechia zaliczyła najlepszy okres w historii swych występów w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale po mistrzostwo Polski sięgnąć finalnie nie zdołała. Musiał jej wystarczyć krajowy puchar, wywalczony w 2019 roku. Bez udziału większości z wymienionych piłkarzy.
Z rozmysłem nie dokładamy do tej wyliczanki mocniejszych okienek transferowych w wykonaniu Legii Warszawa albo ostatnich wydatków Rakowa Częstochowa czy Lecha Poznań. Jeśli bowiem dany klub ma ugruntowaną pozycję w czołówce i jest przyzwyczajony do gry w europejskich pucharach, to jego zakupy – nawet pokaźne – mają jednak zupełnie inną wymowę niż w przypadku drużyn, które do bram Europy nie zdołały jeszcze w ogóle zapukać. A takim zespołem jest obecnie Widzew.
Łodzianie po powrocie do elity ani razu nie uplasowali się powyżej dziewiątego miejsca w tabeli, a ich ostatnia europejska przygoda wydarzyła się przeszło ćwierć wieku temu. Nawet w bieżącej kampanii bliżej im do walki o utrzymanie niż o puchary, no ale to ma się oczywiście zmienić już w najbliższych tygodniach.
Pozycja Widzewa w tabeli (przypomnijmy: 15. po osiemnastu kolejkach) to chyba największy problem Roberta Dobrzyckiego w tym – nazwijmy to – pojedynku z Bogusławem Cupiałem. Ten drugi potrzebował jednego okienka, by swoimi inwestycjami zrobić różnicę. Ten pierwszy ma zaś za sobą całą rundę rozczarowujących rezultatów. Tylko że to świadczy raczej o tym, iż Ekstraklasa jest dziś całościowo bogatsza. Bardziej konkurencyjna niż w 1998 roku.
Widać też wyraźnie, jak zmieniły się na przestrzeni dekad uwarunkowania rynkowe. Wisła Cupiała traktowała krajowe podwórko niczym źródełko, z którego mogła sobie czerpać do woli. Raz czy drugi dostała po nosie i odchodziła jak niepyszna, jasne, ale – co do zasady – kupowała kogo tylko chciała. (Prawie) każdy chciał otrzymać od niej ofertę. W przypadku Widzewa nie ma mowy o takiej swobodzie działań. Dlatego wyciągnięcie Mariusza Fornalczyka z Korony Kielce było tak znaczącym, wręcz symbolicznym wydarzeniem. Jednak ten medal, jak to zwykle z medalami bywa, ma także drugą stronę. Musiało bowiem upłynąć sporo wody w, nomen omen, Wiśle, nim Biała Gwiazda stała się naprawdę aktywna w poszukiwaniu wzmocnień na rynkach zagranicznych. Tymczasem łodzianie jak gdyby nigdy nic kontraktują obecnie zawodników z Danii, Norwegii, Szwajcarii czy Hiszpanii. W latach 90. gracze z tych krajów na propozycję z Polski nawet by nie spojrzeli.
Punktem wspólnym dla tamtej Wisły i dzisiejszego Widzewa jest natomiast z całą pewnością skupienie na reprezentantach Polski. Biała Gwiazda od razu namówiła do powrotu na polskie boiska paru graczy z doświadczeniem w zmaganiach międzypaństwowych. RTS z wielką pompą ściągnął Bartłomieja Drągowskiego i Przemysława Wiśniewskiego, a miał też na celowniku Tomasza Kędziorę. Jedno się zatem przez tych kilkadziesiąt lat akurat nie zmieniło – posiadanie wystarczających argumentów finansowych i sportowych, by przekonać polskiego kadrowicza do zakończenia zagranicznych wojaży, dalej traktowane jest jako świadectwo rosnącej siły klubu.
„Przychodzę do Widzewa, bo widzę, że ma duże ambicje. Nie udało mi się zdobyć mistrzostwa Polski z Jagiellonią, a bardzo chciałbym mieć w dorobku taki tytuł. Zrobię wszystko, żeby jak najszybciej podnieść puchar w Widzewie”
Bartłomiej Drągowski po podpisaniu kontraktu z Widzewem
Początki Cupiała i Dobrzyckiego charakteryzuje również pewien zamęt dotyczący obsady ławki trenerskiej. Tylko że w Widzewie na razie obserwujemy eksperymenty ze szkoleniowcami zagranicznymi plus niedoświadczonym Patrykiem Czubakiem, podczas gdy Wisła stawiała w pierwszej kolejności na duże nazwiska z Polski (Smuda, Lenczyk, Kasperczak) oraz szkoleniowców od lat związanych z klubem (tutaj za przykład niech posłuży Adam Nawałka). Można się więc pokusić o przypuszczenie, że gdyby Cupiał był dziś właścicielem Widzewa, to zrobiłby wszystko, by ściągnąć do Łodzi Adriana Siemieńca (bo z Markiem Papszunem już musztarda po obiedzie).
Z kolei odpowiednikiem zatrudnionego w 2002 roku Henryka Kasperczaka – jeśli już szkicujemy tego rodzaju koślawe analogie – mógłby być Maciej Skorża, który sięgnął po dwa tytuły mistrzowskie z Wisłą w erze Tele-foniki, więc spiąłby całe te nasze rozważania efektowną klamrą.
***
No dobra, tutaj popuściliśmy wodze fantazji.
Czas zejść na ziemię i przywołać twarde liczby. 20,33 miliona euro – tyle (według danych Transfermarkt) wydał na wzmocnienia Widzew w letnim i zimowym oknie, a przecież nie jest powiedziane, że łodzianie już nas niczym nie zaskoczą. Można, a nawet trzeba czynić wszelkie zastrzeżenia co do tego, jak zmieniał się piłkarski świat, ale fakty są takie, że tego rodzaju kwotami w takim tempie jeszcze nikt w polskim futbolu nie szastał. Sęk w tym, że zimowa ofensywa transferowa Cupiała z 1998 roku nie byłaby dziś tak legendarna, gdyby Biała Gwiazda w rundzie wiosennej nie rozwaliła 6:0 Widzewa. Gdyby nie wyskoczyła z dolnych rejonów tabeli na podium. Wreszcie – gdyby w kolejnej kampanii nie sięgnęła po mistrzostwo Polski z blisko dwudziestopunktową przewagą nad wiceliderem.
Można naturalnie ówczesnemu właścicielowi krakowskiej ekipy wypominać błędy, ale z pewnością udało mu się w okamgnieniu wykreować w klubie tak zwaną kulturę zwyciężania. W Widzewie Dobrzyckiego – przynajmniej jesienią – nie było jeszcze jej jeszcze widać. Tylko jeżeli to się zmieni w rundzie wiosennej – może z pieczątką w postaci sukcesu w Pucharze Polski? – będzie można z czystym sumieniem odtrąbić najmocniejsze w historii wejście prywatnego inwestora do Ekstraklasy.
Dobrzycki tonuje oczekiwania. „Bez pucharów nic się nie stanie”
Dopóki Widzew szwenda się w okolicach strefy spadkowej, palmę pierwszeństwa zachowuje Cupiał.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
Były właściciel Widzewa: Dryfujemy w kierunku kultury Legii
Boniek o Dobrzyckim: Wszedł nakładką, wyprostowaną nogą
Wiśniewski w Widzewie, czyli kolejny pokaz siły klubu
Dyrektor Widzewa o transferach. „Odbiliśmy się od Polaków”
fot. NewsPix.pl
Artykuł Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała? pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Potężne transfery Widzewa. Dobrzycki zaczął mocniej nawet od Cupiała? pochodzi z serwisu weszlo.com.