
PRZEJDŹ DO NEWSA
Cieki wodne pod stadionem? Zły układ ciał niebieskich? Klątwa rzucona przez jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego szamana? Widzew Łódź pełni od niemal półtora roku rolę prawdziwego antymidasa, który zamiast zamieniać wszystko czego dotknie w złoto, przeistacza kolejnych piłkarzy, trenerów i – to chyba najgorsze – kolejne mecze, w coś absolutnie bez nazwy. Czy potrzeba cudu, by było lepiej? Wygląda na to, że już nic innego nie pomoże.
Zacznijmy od listy trenerów, którzy przewinęli się przez Łódź, oceniać możemy również powoli kadencję Mateusza Stolarskiego, więc i on nie wymknie się zaszufladkowaniu. Przyjmijmy sobie proste, może trochę krzywdzące uproszczenia. Sopić? Charakterystyczny, lekko gburowaty, dosyć bezpośredni. Czubak? Młody, na dorobku, mający opinię dobrego asystenta. Jovićević? Motywator, bard, stawiający na relacje. Vuković? Specjalista od zadań specjalnych, pragmatyk, twardo stąpający po ziemi. Wreszcie Stolarski, którego można uznać za komputerowca młodej fali – bez negatywnego wydźwięku, żeby było jasne.
Spis treści
Widzew spróbował wszystkiego. I wszystko wzięło w łeb
Bagno. Przypadkowa diagnoza trenera Stolarskiego
Przegnieceni własną ambicją. Widzew zakopuje się coraz bardziej
Bohater tragiczny. Widzew w antycznym dramacie
Widzew spróbował wszystkiego. I wszystko wzięło w łeb
Bo tu chodzi o to, że Widzew przerobił w półtora roku pięciu kompletnie różnych trenerów i nadal działa to tak, jak działa. A to nie jedyny taki problem, uważajcie. Dyrektorzy sportowi (czy jak tam ich nazywano w umowach), bez względu na to, jak ich ocenimy po czasie:
Zagraniczny, z doświadczeniem w ojczyźnie trenera, dopasowany do tegoż trenera, transfery mieszane (przyszłościowe i „na teraz”).
Tandem z Polski znający rynek wewnętrzny, gotowy do wydawania sporych pieniędzy, otwarty na różne kierunki, szukający wyniku na już.
Spec z mistrzostwem Polski w CV, który słynie z ruchów nieoczywistych i takie przeprowadza, wydając mniej od poprzedników.
Trzy różne podejścia, każde złe. Są też oczywiście piłkarze, których typów Widzew przerobił pierdylion i z których zdecydowana większość na przeprowadzce do Łodzi straciła, zamiast zyskać. Nie będziemy wymieniać, wszyscy wiecie, kto obniżył loty, kogo dziś raczej nikt nie odkupi za trzy wydane na niego bańki i dla kogo grają teraz Osman Bukari czy Andi Zeqiri. Przez półtora roku nie wyszło tu więc absolutnie nic, a scenariuszy do przerobienia zostało naprawdę niewiele. Bo ile jeszcze znacie typów trenera czy dyrektora sportowego? Ilu jeszcze piłkarzy może nagle uratować gnijący zespół, który na boisku sypie się do reszty przy najmniejszej oznace niepowodzenia?
Łukasz Masłowski
Bagno. Przypadkowa diagnoza trenera Stolarskiego
Spore okrążenie robi po sieci wypowiedź trenera Stolarskiego po przegranym meczu z GieKSą, ta w której „uderza” on w swój zespół. – To był mecz, w którym zawiedliśmy w kluczowych momentach kibiców i samych siebie. Spotkanie pod kątem sytuacji i posiadania mogliśmy spokojnie ustawić na swoją stronę. To, co różniło nas dzisiaj od GieKSy, to jej bardzo duża skuteczność. Przeciwnik zamieniał swoje sytuacje na gole, a my zachowywaliśmy się bardzo źle w obronie – mówił podczas konferencji prasowej opiekun Łodzian.
– W kuriozalny sposób tracimy pierwszą i trzecia bramkę, to niedopuszczalne zachowania na tym poziomie. Nie wymienię teraz zawodników, bo nie ma okresu transferowego. Muszę więc pracować z tymi zawodnikami, którzy są. Ten zespół nie jest tak słaby jak wyniki. Widzew znowu włączył się w walkę o utrzymanie. Ja ciągle wierzę w ten zespół. Tkwimy w tym bagnie wspólnie i musimy się z niego wydostać – stwierdził.
Chciałbym umieć wejść w jego buty i postawić się na jego miejscu, ale jedyne co odczytuję z tej – pozornie – wewnętrznie sprzecznej wypowiedzi, to poczucie bezsilności, u trenera bardzo niebezpieczne. Bo z jednej strony ta wstawka o okresie transferowym i wymianie zawodników. Z drugiej – wiara w zespół. Przecież to się gryzie, nie?
No właśnie nie w świecie widzewskiego absurdu. Bo Widzew to klub, w którym dobry piłkarz źle gra w piłkę. Dobry trener źle trenuje. Bogaty właściciel, z wielkimi sukcesami w biznesie, źle wydaje pieniądze. Dobry dyrektor sportowy ściąga szrot. Po kilku tygodniach pracy odkrył to trener Stolarski, tylko nie ma umiejętności nazwania tego, co dzieje się wokół niego. W jego wypowiedzi pada słowo „bagno” i jest ono zaskakująco bliskie moim przemyśleniom.
Mateusz Stolarski
Jedna zła decyzja pociągnęła za sobą dwie czy trzy kolejne i potem wszystko zadziałało nie tyle jak kula śnieżna, co jak ruchome piaski. Im więcej Widzew wierzgał, tym głębiej się zakopywał i winę za to zrzuciłbym na skalę ambicji właściciela, która przytłoczyła łaknący sukcesu jak kania dżdżu klub. Już tłumaczę, o co mi chodzi.
Przegnieceni własną ambicją. Widzew zakopuje się coraz bardziej
Po pierwsze – historia. Widzew to w skali kraju, nie boję się tego słowa, wielki klub. Wspaniałe boje w Pucharze Europy, później w Lidze Mistrzów, cztery tytuły mistrzowskie to też coś, siedem razy klub kończył też sezon na drugim miejscu. Wszystko to jednak skończyło się jeszcze w XX wieku, czyli niemal trzy dekady temu. Od tego czasu za sukces można uznać choćby historyczny wyczyn wygrania rok po roku rozgrywek I ligi czy powrót do Ekstraklasy po reaktywacji klubu od poziomu IV ligi. Gdzie temu jednak do wielkości…
No a ta wielkość była już na wyciągnięcie ręki, gdy do klubu wszedł bajecznie bogaty inwestor i zapowiedział, że budżet to dla niego praktycznie nie istnieje. W tym pozytywnym sensie – Robert Dobrzycki był gotów wydawać krocie i wydał krocie, to nie były puste przechwałki.
Dochodzimy powoli do tego, co po drugie – ambicji. Tę mieli nie tylko spragnieni utraconej wielkości kibice (których przecież nie można winić za wielkie marzenia, o nie w piłce chodzi), ale też nowy właściciel. I ogólnie uznaje się ambicję za coś wyjątkowo pożądanego w sporcie, ale w tym wypadku trochę ona Widzew zgubiła. Najpierw rozdźwięk między ruchami Nikoliciusa, a oczekiwaniami Dobrzyckiego – piłkarze sprowadzeni do klubu przez Litwina nie gwarantowali sukcesu na już. Później parę – nie tak mało – ruchów na już, które miały ten sukces przynieść. Wszystko na przestrzeni ledwie dwóch okienek, z trzema różnymi trenerami u steru, nie mówiąc już o zmianach w pionie sportowym.
Robert Dobrzycki
Po trzecie – to przytoczone przez Stolarskiego bagno, które można interpretować szerzej. Każdy kolejny błąd jest potęgowany, bo wszystkim tym ruchom brakuje stabilnego podłoża. Oczekiwania nie są nawet luźno powiązane z rzeczywistością. Wróćmy do zwolnienia Sopicia, pierwszego tak głośnego ruchu w erze Dobrzyckiego, dobrego przykładu dla tej tezy. Z perspektywy czasu doskonale widać, że wyniki nie były tak złe, jak mogły być. Ci obdarzeni lepszą pamięcią doskonale kojarzą, że za kadencji Chorwata gra też była całkiem przyzwoita, momentami Widzew wyglądał wręcz nieźle. Oczekiwania były jednak większe, więc Sopicia pożegnano.
Późniejsze decyzje też wynikały z tego, że oczekiwania nijak się miały do rzeczywistości i to nawet mimo ich ciągłego zmniejszania. Wyobraźcie sobie wykres, na który czerwoną linią naniesiono malejące liniowo oczekiwania, a niebieską, równoległą do czerwonej, wyniki osiągane przez Widzew. Linie te, jak to proste równoległe, nigdy się nie przecięły i coraz więcej zdaje się wskazywać, że nie przetną się także w bliskiej przyszłości, niebieska niezmiennie jest poniżej czerwonej. Jedyny pozytyw jest taki, że wydaje się, że klub żyje w pewnej stabilizacji – względem ambicji jest ciągle tak samo źle.
Głównym problemem Widzewa jest jednak to, że od półtora roku nawet na krótki moment, chociaż w dwóch kolejnych meczach, nie sprostał oczekiwaniom i własnym, i tym wywodzącym się z otoczenia. Sam się na tym złapałem, oczekiwałem od klubu z Łodzi więcej i spodziewałem się, że zespół może grać lepiej, niż pod wodzą Aleksandara Vukovicia, który – to w sumie nieco ironiczne – pod wpływem oczekiwań zmienił nieco styl gry, który dał mu utrzymanie i trochę Widzew rozregulował. I przez oczekiwania stracił pracę.
Aleksandar Vuković
Bohater tragiczny. Widzew w antycznym dramacie
Nie zdziwię się, jeśli przez oczekiwania kiedyś straci też pracę Mateusz Stolarski, nawet jeśli będziecie teraz przekonywać, że oczekiwań nie ma wobec Widzewa żadnych. Coraz bliżej mi do przekonania, że teraz czego by w gabinetach łódzkiego klubu nie wymyślili, to wyjdzie źle i nawet nie wiem, jakiej metafory mógłbym użyć, żeby to zobrazować. Jeszcze jakiś czas temu myślałem, że istnieje rozwiązanie, które wszystko naprawi, że nawet jeśli jest do tego tylko jedna ścieżka z tysiąca, to chociaż jest.
Teraz jestem coraz bardziej przekonany, że takiej drogi nie ma i zwyczajnie nie wszystko zależy od Widzewa, potrzebny jest jakiś łut szczęścia, iskierka z zewnątrz, może seria spotkań wygranych dzięki nieprawdopodobnemu fartowi.
Wyjątkowo gorzko w aktualnym położeniu brzmią słowa wypowiedziane po porażce z GieKSą przez Karola Świderskiego. – Zgadzam się, że ciężko utożsamiać się z naszą drużyną, kiedy wchodzimy w listopad z zaledwie jednym zwycięstwem w sezonie. Nikomu nie jest łatwo – nam też – i wiemy, że nie sprawiamy radości kibicom – mówił napastnik cytowany przez portal Widzew To My.
Radości z oglądania Widzewa nie ma dziś nikt, w związku z czym oczekiwania maleją dalej. Jeśli wraz z tym trendem utrzyma się trend osiąganych wyników, będzie naprawdę źle. Ale czy naprawdę może być gorzej, niż jest? To pytanie padało w Łodzi na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy co najmniej parę razy i… kibicu Widzewa, nie szukaj odpowiedzi. Bo w tej smutnej, jesiennej rzeczywistości zrobi ci się jeszcze bardziej przykro.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Pożar w Widzewie. Dobrzycki zwołuje pilną naradę!
Z Widzewa go zwolnili. Teraz został mistrzem kraju
Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż”
Fot. Newspix
Artykuł Widzew w bagnie pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Widzew w bagnie pochodzi z serwisu weszlo.com.
Zacznijmy od listy trenerów, którzy przewinęli się przez Łódź, oceniać możemy również powoli kadencję Mateusza Stolarskiego, więc i on nie wymknie się zaszufladkowaniu. Przyjmijmy sobie proste, może trochę krzywdzące uproszczenia. Sopić? Charakterystyczny, lekko gburowaty, dosyć bezpośredni. Czubak? Młody, na dorobku, mający opinię dobrego asystenta. Jovićević? Motywator, bard, stawiający na relacje. Vuković? Specjalista od zadań specjalnych, pragmatyk, twardo stąpający po ziemi. Wreszcie Stolarski, którego można uznać za komputerowca młodej fali – bez negatywnego wydźwięku, żeby było jasne.
Spis treści
Widzew spróbował wszystkiego. I wszystko wzięło w łeb
Bagno. Przypadkowa diagnoza trenera Stolarskiego
Przegnieceni własną ambicją. Widzew zakopuje się coraz bardziej
Bohater tragiczny. Widzew w antycznym dramacie
Widzew spróbował wszystkiego. I wszystko wzięło w łeb
Bo tu chodzi o to, że Widzew przerobił w półtora roku pięciu kompletnie różnych trenerów i nadal działa to tak, jak działa. A to nie jedyny taki problem, uważajcie. Dyrektorzy sportowi (czy jak tam ich nazywano w umowach), bez względu na to, jak ich ocenimy po czasie:
Zagraniczny, z doświadczeniem w ojczyźnie trenera, dopasowany do tegoż trenera, transfery mieszane (przyszłościowe i „na teraz”).
Tandem z Polski znający rynek wewnętrzny, gotowy do wydawania sporych pieniędzy, otwarty na różne kierunki, szukający wyniku na już.
Spec z mistrzostwem Polski w CV, który słynie z ruchów nieoczywistych i takie przeprowadza, wydając mniej od poprzedników.
Trzy różne podejścia, każde złe. Są też oczywiście piłkarze, których typów Widzew przerobił pierdylion i z których zdecydowana większość na przeprowadzce do Łodzi straciła, zamiast zyskać. Nie będziemy wymieniać, wszyscy wiecie, kto obniżył loty, kogo dziś raczej nikt nie odkupi za trzy wydane na niego bańki i dla kogo grają teraz Osman Bukari czy Andi Zeqiri. Przez półtora roku nie wyszło tu więc absolutnie nic, a scenariuszy do przerobienia zostało naprawdę niewiele. Bo ile jeszcze znacie typów trenera czy dyrektora sportowego? Ilu jeszcze piłkarzy może nagle uratować gnijący zespół, który na boisku sypie się do reszty przy najmniejszej oznace niepowodzenia?
Łukasz Masłowski
Bagno. Przypadkowa diagnoza trenera Stolarskiego
Spore okrążenie robi po sieci wypowiedź trenera Stolarskiego po przegranym meczu z GieKSą, ta w której „uderza” on w swój zespół. – To był mecz, w którym zawiedliśmy w kluczowych momentach kibiców i samych siebie. Spotkanie pod kątem sytuacji i posiadania mogliśmy spokojnie ustawić na swoją stronę. To, co różniło nas dzisiaj od GieKSy, to jej bardzo duża skuteczność. Przeciwnik zamieniał swoje sytuacje na gole, a my zachowywaliśmy się bardzo źle w obronie – mówił podczas konferencji prasowej opiekun Łodzian.
– W kuriozalny sposób tracimy pierwszą i trzecia bramkę, to niedopuszczalne zachowania na tym poziomie. Nie wymienię teraz zawodników, bo nie ma okresu transferowego. Muszę więc pracować z tymi zawodnikami, którzy są. Ten zespół nie jest tak słaby jak wyniki. Widzew znowu włączył się w walkę o utrzymanie. Ja ciągle wierzę w ten zespół. Tkwimy w tym bagnie wspólnie i musimy się z niego wydostać – stwierdził.
Chciałbym umieć wejść w jego buty i postawić się na jego miejscu, ale jedyne co odczytuję z tej – pozornie – wewnętrznie sprzecznej wypowiedzi, to poczucie bezsilności, u trenera bardzo niebezpieczne. Bo z jednej strony ta wstawka o okresie transferowym i wymianie zawodników. Z drugiej – wiara w zespół. Przecież to się gryzie, nie?
No właśnie nie w świecie widzewskiego absurdu. Bo Widzew to klub, w którym dobry piłkarz źle gra w piłkę. Dobry trener źle trenuje. Bogaty właściciel, z wielkimi sukcesami w biznesie, źle wydaje pieniądze. Dobry dyrektor sportowy ściąga szrot. Po kilku tygodniach pracy odkrył to trener Stolarski, tylko nie ma umiejętności nazwania tego, co dzieje się wokół niego. W jego wypowiedzi pada słowo „bagno” i jest ono zaskakująco bliskie moim przemyśleniom.
Mateusz Stolarski
Jedna zła decyzja pociągnęła za sobą dwie czy trzy kolejne i potem wszystko zadziałało nie tyle jak kula śnieżna, co jak ruchome piaski. Im więcej Widzew wierzgał, tym głębiej się zakopywał i winę za to zrzuciłbym na skalę ambicji właściciela, która przytłoczyła łaknący sukcesu jak kania dżdżu klub. Już tłumaczę, o co mi chodzi.
Przegnieceni własną ambicją. Widzew zakopuje się coraz bardziej
Po pierwsze – historia. Widzew to w skali kraju, nie boję się tego słowa, wielki klub. Wspaniałe boje w Pucharze Europy, później w Lidze Mistrzów, cztery tytuły mistrzowskie to też coś, siedem razy klub kończył też sezon na drugim miejscu. Wszystko to jednak skończyło się jeszcze w XX wieku, czyli niemal trzy dekady temu. Od tego czasu za sukces można uznać choćby historyczny wyczyn wygrania rok po roku rozgrywek I ligi czy powrót do Ekstraklasy po reaktywacji klubu od poziomu IV ligi. Gdzie temu jednak do wielkości…
No a ta wielkość była już na wyciągnięcie ręki, gdy do klubu wszedł bajecznie bogaty inwestor i zapowiedział, że budżet to dla niego praktycznie nie istnieje. W tym pozytywnym sensie – Robert Dobrzycki był gotów wydawać krocie i wydał krocie, to nie były puste przechwałki.
Dochodzimy powoli do tego, co po drugie – ambicji. Tę mieli nie tylko spragnieni utraconej wielkości kibice (których przecież nie można winić za wielkie marzenia, o nie w piłce chodzi), ale też nowy właściciel. I ogólnie uznaje się ambicję za coś wyjątkowo pożądanego w sporcie, ale w tym wypadku trochę ona Widzew zgubiła. Najpierw rozdźwięk między ruchami Nikoliciusa, a oczekiwaniami Dobrzyckiego – piłkarze sprowadzeni do klubu przez Litwina nie gwarantowali sukcesu na już. Później parę – nie tak mało – ruchów na już, które miały ten sukces przynieść. Wszystko na przestrzeni ledwie dwóch okienek, z trzema różnymi trenerami u steru, nie mówiąc już o zmianach w pionie sportowym.
Robert Dobrzycki
Po trzecie – to przytoczone przez Stolarskiego bagno, które można interpretować szerzej. Każdy kolejny błąd jest potęgowany, bo wszystkim tym ruchom brakuje stabilnego podłoża. Oczekiwania nie są nawet luźno powiązane z rzeczywistością. Wróćmy do zwolnienia Sopicia, pierwszego tak głośnego ruchu w erze Dobrzyckiego, dobrego przykładu dla tej tezy. Z perspektywy czasu doskonale widać, że wyniki nie były tak złe, jak mogły być. Ci obdarzeni lepszą pamięcią doskonale kojarzą, że za kadencji Chorwata gra też była całkiem przyzwoita, momentami Widzew wyglądał wręcz nieźle. Oczekiwania były jednak większe, więc Sopicia pożegnano.
Późniejsze decyzje też wynikały z tego, że oczekiwania nijak się miały do rzeczywistości i to nawet mimo ich ciągłego zmniejszania. Wyobraźcie sobie wykres, na który czerwoną linią naniesiono malejące liniowo oczekiwania, a niebieską, równoległą do czerwonej, wyniki osiągane przez Widzew. Linie te, jak to proste równoległe, nigdy się nie przecięły i coraz więcej zdaje się wskazywać, że nie przetną się także w bliskiej przyszłości, niebieska niezmiennie jest poniżej czerwonej. Jedyny pozytyw jest taki, że wydaje się, że klub żyje w pewnej stabilizacji – względem ambicji jest ciągle tak samo źle.
Głównym problemem Widzewa jest jednak to, że od półtora roku nawet na krótki moment, chociaż w dwóch kolejnych meczach, nie sprostał oczekiwaniom i własnym, i tym wywodzącym się z otoczenia. Sam się na tym złapałem, oczekiwałem od klubu z Łodzi więcej i spodziewałem się, że zespół może grać lepiej, niż pod wodzą Aleksandara Vukovicia, który – to w sumie nieco ironiczne – pod wpływem oczekiwań zmienił nieco styl gry, który dał mu utrzymanie i trochę Widzew rozregulował. I przez oczekiwania stracił pracę.
Aleksandar Vuković
Bohater tragiczny. Widzew w antycznym dramacie
Nie zdziwię się, jeśli przez oczekiwania kiedyś straci też pracę Mateusz Stolarski, nawet jeśli będziecie teraz przekonywać, że oczekiwań nie ma wobec Widzewa żadnych. Coraz bliżej mi do przekonania, że teraz czego by w gabinetach łódzkiego klubu nie wymyślili, to wyjdzie źle i nawet nie wiem, jakiej metafory mógłbym użyć, żeby to zobrazować. Jeszcze jakiś czas temu myślałem, że istnieje rozwiązanie, które wszystko naprawi, że nawet jeśli jest do tego tylko jedna ścieżka z tysiąca, to chociaż jest.
Teraz jestem coraz bardziej przekonany, że takiej drogi nie ma i zwyczajnie nie wszystko zależy od Widzewa, potrzebny jest jakiś łut szczęścia, iskierka z zewnątrz, może seria spotkań wygranych dzięki nieprawdopodobnemu fartowi.
Wyjątkowo gorzko w aktualnym położeniu brzmią słowa wypowiedziane po porażce z GieKSą przez Karola Świderskiego. – Zgadzam się, że ciężko utożsamiać się z naszą drużyną, kiedy wchodzimy w listopad z zaledwie jednym zwycięstwem w sezonie. Nikomu nie jest łatwo – nam też – i wiemy, że nie sprawiamy radości kibicom – mówił napastnik cytowany przez portal Widzew To My.
Radości z oglądania Widzewa nie ma dziś nikt, w związku z czym oczekiwania maleją dalej. Jeśli wraz z tym trendem utrzyma się trend osiąganych wyników, będzie naprawdę źle. Ale czy naprawdę może być gorzej, niż jest? To pytanie padało w Łodzi na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy co najmniej parę razy i… kibicu Widzewa, nie szukaj odpowiedzi. Bo w tej smutnej, jesiennej rzeczywistości zrobi ci się jeszcze bardziej przykro.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Pożar w Widzewie. Dobrzycki zwołuje pilną naradę!
Z Widzewa go zwolnili. Teraz został mistrzem kraju
Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż”
Fot. Newspix
Artykuł Widzew w bagnie pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Widzew w bagnie pochodzi z serwisu weszlo.com.