Wywiad własny z Ł. Zejdlerem: „Nie przyszedłem do II ligi. Przyszedłem do Widzewa”

Cichy, skromny, spokojny – taki jest prywatnie Łukasz Zejdler. Nie oznacza to, że nie będzie pasować do szalonego środowiska, jakie w ostatnim czasie wytworzyło się na Widzewie. Chłodnej głowy, a przede wszystkim piłkarskich umiejętności, nigdy dość. Jak pomocnik zapatruje się na swoje występy przy Piłsudskiego?

– Jak to się stało, że trafiłeś z Głogowa do Łodzi?

– Wszystko potoczyło się naprawdę szybko. Nie szukałem nowego klubu, bo miałem jeszcze rok ważny kontrakt z Chrobrym, ale gdy dostałem ofertę z Widzewa, to pomyślałem sobie: „Kurczę, ja chcę grać w tym klubie!” Chcę się rozwijać, dlatego podjąłem taką decyzję. Podpisałem roczną umowę, więc jako zawodnik sporo ryzykuję. Ale ja lubię wyzwania, a Widzew to duże wyzwanie. O całej sprawie powiedział mi mój menadżer i od razu się ucieszyłem. Marka, historia, stadion, kibice, organizacja. Można tak wymieniać jeszcze długo. Chcę być zdrowy i chcę pomóc tej drużynie.

– Gdy rozmawiam z piłkarzami przechodzącymi do Widzewa z wyższej ligi, często słyszę o kroku wstecz, by za moment zrobić dwa naprzód.

– Tak, jest taki utarty slogan, ale tak można mówić sobie co roku. W piłce trzeba mieć trochę szczęścia, zdrowia i umiejętności, by zrobić później te dwa kroki do przodu. Przede wszystkim ja nie przychodzę do II ligi, tylko do Widzewa. Nie podchodzę do tego w ten sposób, że cofam się niżej. Jeżeli zrobimy wynik, to będzie super.

– Zazwyczaj młodzi gracze z Czech czy Słowacji są wyszukiwanie przez polskie kluby, a u ciebie było odwrotnie. W młodym wieku przeniosłeś się za południową granicę.

– Mając 16 lat zadebiutowałem w IV lidze, w seniorskiej drużynie. Już wcześniej dość często graliśmy mecze towarzyskie czy turnieje z czeskimi zespołami i niedługo po tym moim debiucie przeniosłem się do Banika Ostrawa, czyli klubu występującego w czeskiej ekstraklasie. Tam naprawdę byli dobrzy zawodnicy. Szybko zdałem prawo jazdy i samemu dojeżdżałem na treningi. Niby to tylko czterdzieści minut, ale musiałem te dojazdy łączyć ze szkołą w Polsce i nie było łatwo. Rzucono mnie na głęboką wodę i starałem się nie utonąć.

– Nie od razu znalazłeś się w seniorach.

– Najpierw trafiłem do drużyny juniorskiej, będącej zapleczem pierwszego zespołu. My również graliśmy na poziomie centralnym, to było coś na zasadzie Młodej Ekstraklasy. Prowadził mnie wówczas bardzo dobry trener, Jan Baranek, były piłkarz Banika. Czułem się dobrze, zawsze wychodziłem z założenia, że gdziekolwiek bym nie był, muszę się rozwijać.

– Awans do „jedynki” przyszedł dość szybko?

– W Baniku było tak, że na koniec roku dwóch najlepszych juniorów jedzie zimą na obóz przygotowawczy z pierwszym zespołem. Taka nagroda za dobrą grę i szansa na otrzaskanie się młodych w seniorskiej piłce. Udało mi się załapać na to zgrupowanie, zagrałem w kilku sparingach i trener uznał, że zostaję w „jedynce” na stałe. Później dostałem od niego możliwość debiutu, ale niedługo potem doszło do zmiany szkoleniowca, przyszedł nowy człowiek i wszystko się odwróciło. Dla mnie była to zmiana na gorsze. Właśnie taką sytuację miałem na myśli mówiąc o tym, że w piłce czasami potrzeba szczęścia. Nowy trener zmienił filozofię gry drużyny i dla mnie już w niej nie było miejsca.

– Debiutowałeś tam jako lewy obrońca, a dziś jesteś środkowym pomocnikiem. Trochę to nietypowe.

– To prawda, z czasem zostałem przesunięty do środka i najlepiej czuję się, jako „ósemka”. Ale grałem już na tak wielu pozycjach, że wszędzie podejmę wyzwanie. Wszystko będzie zależeć od koncepcji trenera. Mam nadzieję, że wywalczę sobie miejsce w składzie, bo czasami różnie z tym bywało. Nie brakuje trenerów, którzy patrzą tylko na warunki fizyczne, dlatego były momenty, że ciężko było mi trenerów przekonać do swojej osoby.

– Po powrocie do Polski trafiłeś do I-ligowej Cracovii, prowadzonej przez Wojciecha Stawowego.

– Można powiedzieć, że z tym transferem trafiłem w dziesiątkę. Trener Stawowy ma bardzo specyficzną filozofię gry, ale ja ją bardzo lubię. Wolę być przy piłce, niż za nią biegać, a wtedy piłką graliśmy bardzo dużo. Trener Stawowy jest pod tym względem wyjątkowy, ale jego podejście przyniosło nam sukces w postaci awansu do Ekstraklasy. Nieźle sobie w niej radziliśmy, a dzisiaj Cracovia walczy o europejskie puchary i cały czas idzie do przodu.

– Później były Katowice i Jerzy Brzęczek, dziś opiekun kadry.

– Przekazywał mi mnóstwo wartościowych rzeczy, pokazywał, jak się zachować na boisku. Wyniosłem z tego naprawdę bardzo duże doświadczenie i uważam, że to nie jest przypadek, że trener Brzęczek jest teraz selekcjonerem pierwszej reprezentacji Polski.

– W GKS byłeś dwa lata, ale zapamiętano cię chyba tylko z pięknej bramki, za którą dostałeś nagrodę.

– Myślę, że dałem z siebie wszystko. Walczyliśmy o awans do Ekstraklasy, ale nie udało nam się tego osiągnąć. Uznałem, że skoro tak, to trzeba odejść, żeby przyszli tu inni, którzy tą „Gieksę” pociągną. Dostałem propozycję przedłużenia kontraktu, ale chciałem zmienić środowisko, bo nie chcę niczego robić na siłę. Szukam szczęścia tam, gdzie mnie chcą.

– Chcieli w Głogowie.

– Grałem dużo, choć nie strzelałem bramek. Jako drużyna mieliśmy jednak za duże wahania formy i to spowodowało, że do przedostatniej kolejki musieliśmy walczyć o utrzymanie w I lidze. W Głogowie są bardzo fajne warunki do życia i do gry. Pewnie dalej bym tam był, gdyby nie propozycja z Widzewa. Tym bardziej, że trener Djurdjević chciał, żebym został. Widział mnie w składzie.

– Oprócz łodzian ktoś się zgłaszał?

– Były jakieś zapytania, ale najważniejsze są konkrety. Widzew był konkretny, ja też, więc szybko się dogadaliśmy.

– Wszedłeś do nowej szatni, znałeś jakich piłkarzy, którzy ułatwiliby aklimatyzację w zespole?

– Z boiska kojarzyłem wielu zawodników, ale wspólnie szatnię dzieliłem wcześniej tylko z Przemkiem Kitą, gdy obaj graliśmy w Cracovii. Generalnie należę raczej do tych spokojniejszych ludzi, więc ten proces aklimatyzacji przebiega u mnie nieco wolniej, ale dam sobie radę. Nie krzyczę po zwycięstwach najgłośniej w szatni, ale każdy ma inny charakter i drużyna powinna być odpowiednio zbalansowana. Najważniejsze, to trzymać się razem. Bez tego ani rusz.

– W Łodzi oczekiwania są bardzo duże.

– Wiem, że będzie się od nas dużo wymagać. Więcej niż od innych zawodników w II lidze, bo jesteśmy w Widzewie. Wymaga się pozytywnych wyników nawet w sparingach, ale w nich nie chodzi o to, żeby wygrywać. Owszem wygrane w meczach o nic też dają pozytyw, wpajają nam w DNA walkę zawsze o zwycięstwo, ale przede wszystkim musimy mieć pomysł na grę i ciężko pracować.

– Na razie ten pomysł wdrażacie w sparingach z silnymi rywalami.

– Trzeba grać z takimi sparingpartnerami, żeby uczyć się od lepszych i wyciągać wnioski. Gdybyśmy grali ze słabszymi rywalami, to wygrywalibyśmy po 5:0, każdy by nas chwalił, a potem przyjdzie mecz o punkty i ktoś z ligowych przeciwników pokaże nam, jak się gra. Nie tędy droga. Każdy wymaga od nas wyniku, ale powinniśmy skoncentrować się na celu i na pracy.

– W Widzewie jest takie magiczne słowo – presja. Nie boisz się go?

– Wychodzę z założenia, że każdy, kto chce się rozwijać, sam sobie nakłada jakąś presję. Bez względu na to, gdzie gra. Jeżeli na naszym stadionie będzie doping 18 tysięcy kibiców, to po to on jest, żeby drużynie pomagać, a nie ją paraliżować. Nie wiem, jak będzie, wszystko trzeba przeżyć.

– Na razie przeżyłeś w Widzewie swoją pierwszą zmianę trenera, choć jesteś w klubie raptem kilkanaście dni. Takie roszady mocno na was wpływają?

– Czy ja wiem, czy wpływają… My-piłkarze jesteśmy pracownikami klubu i mamy skupiać się na pracy. To, co się dzieje dookoła nie powinno nas interesować. Trzeba dostosować się do nowej sytuacji i dalej ciężko pracować.

– Mogłeś być z drużyną już wcześniej, ale twój przyjazd opóźnił się o kilka dni z powodu ślubu. Głowa wyczyszczona?

– Cieszę się z tego, że już jesteśmy po całym tym zamieszaniu, choć na pewno był to bardzo fajny okres w moim życiu. Mam nadzieję, że ten okres spędzony w Łodzi też będzie dla mnie udany.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o