Wywiad własny z M. Kaczmarkiem: „Jeżeli ktoś spodziewał się fajerwerków, to nie zna się na piłce”

Za Marcinem Kaczmarkiem pierwsza runda w roli szkoleniowca Widzewa. Podstawowy cel został zrealizowany, drużyna zimować będzie w fotelu lidera II ligi. Trener przyznaje jednak, że przed nim i jego piłkarzami jeszcze wiele pracy. Porozmawialiśmy z nim nie tylko o minionej jesieni, ale także o tym, co łodzian czeka w najbliższym czasie.

– Jaką ocenę wystawiłby pan swojej drużynie po pierwszej części sezonu?

– Nie chciałbym operować liczbami. Mogę ogólnie powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, co udało się zrobić w tak krótkim czasie. Od momentu rewolucji, która nastąpiła latem, do dzisiaj, minęło tylko pięć miesięcy. Zrealizowaliśmy to, co planowaliśmy, czyli po rundzie jesiennej jesteśmy liderem tabeli. Od początku mówiłem, że zespół jest w trakcie budowy, nawet teraz się on tworzy. Wygląda coraz lepiej, ale wciąż jest w budowie.

– Sporo graczy dołączyło do składu za pięć dwunasta.

– To prawda, doszło wówczas wielu zawodników, którzy byli na różnych etapach przygotowań do sezonu. Nie mieliśmy ich wszystkich dostępnych od początku. Oczywiście, są to piłkarze o określonej jakości, bo takich chcieliśmy, ale pamiętajmy, że Łukasz Kosakiewicz dołączył do nas dopiero na trzecią kolejkę, Mateusz Możdżeń na siódmą. Całkowicie odkurzyliśmy też Wojtka Pawłowskiego, który w Górniku Zabrze nie był nawet rezerwowym, a Sebastian Rudol niewiele grał w Rumunii i również potrzebował dojść do formy. Tych „kłopotów” było sporo, a czasu niewiele. Doszły nam do tego wszystkiego jeszcze mecze w Pucharze Polski, które w jakiś sposób zakłócały nam cykl treningowy, ponieważ trzeba było właściwie dobierać obciążenia.

– Czyli w szkolnej skali u profesora Kaczmarka mocna czwórka?

– Zachowując pełną pokorę względem tego, co robimy, trzeba być zadowolonym, ale też mieć świadomość deficytów, jakie ta drużyną wciąż ma. Końcowa ocena może być dobra, bo jednak wykonaliśmy cel, który postawiono nam na ten rok. Ale to jest tylko cząstka tego, co musimy zrobić.

– W trakcie rundy nie brakowało głosów, że Widzew nie gra zbyt efektownie, że jest męczarnia zamiast fajerwerków.

– Myślę, że nikt na nie specjalnie nie liczył. Jeżeli ktoś spodziewał się fajerwerków, to po prostu nie zna się na piłce. Wszystko trzeba wypośrodkować. Potrafię wziąć na siebie konstruktywną krytykę, ale przyjąłem taką zasadę, że staram się nie odbijać od ściany do ściany. Nie można raz wpadać w zachwyt, by za chwilę twierdzić, że ktoś się nie nadaje i jest beznadziejny. Media mają swoje prawa, a ja staram się rzeczowo odpowiadać na pytania. Od ludzi, którzy się tym zajmują, oczekuję rzeczowego podejścia do sprawy, a nie radykalnych i emocjonalnych reakcji, bo to nikomu nie służy. Rozumiem, że żyjemy w takich czasach, w których news czy nośny tytuł dobrze się sprzedają, ale my nie możemy temu ulegać.

– Udaje się?

– Musimy się od tego odciąć, ale też mieć swoje zdanie. Pamiętajmy, że piłkarze są ludźmi, mają emocje. Jedni są bardziej odporni, drudzy mniej, ale przychodząc do Widzewa pisaliśmy się na to. Jesteśmy w wielkim klubie, w którym są wielkie oczekiwania. Podjęliśmy się takiej roli i musimy to przyjąć, a także reagować we właściwy sposób. Nie bez przyczyny pozyskaliśmy piłkarzy doświadczonych, którzy mogliby pomóc nam wytrzymać ciśnienie i przetrwać te trudne momenty.

– Który był najtrudniejszy?

– Takim najtrudniejszym momentem było chyba to, co się działo po meczu ze Skrą Częstochowa. Spadła na nas wtedy masa krytyki, bo przyznaję, że zagraliśmy słabe spotkanie, a przed nami było starcie ze Stalą Rzeszów, czyli ówczesnym liderem tabeli. Ciężar tamtej porażki był więc bardzo duży.

– Wytrzymał pan to jednak, stawiając raczej na te same rozwiązania.

– Zdawałem sobie sprawę, że nie ma drogi na skróty. Oczywiście nie przypuszczałem, że możemy w tak słabym stylu przegrać ze Skrą, bo z jednej strony nie byliśmy jeszcze na takim etapie, by wygrać w Częstochowie z łatwością, ale nie byliśmy też na tyle z tyłu, by zagrać tak słaby mecz. Wiedziałem jednak, że to jest proces. W Widzewie bardzo przyspieszony, ze względu na wielkie oczekiwania. Musiałem być konsekwentny, choć nie brakowało także zmian w składzie. Po tamtym spotkaniu wymieniliśmy bramkarza, co było trudne dla Patryka Wolańskiego, który przecież obronił wtedy rzut karny. Konsekwencja w działaniu musiała być jednak na pierwszym miejscu.

– Gdyby nie punkty, jakie zespół zaczął regularnie zdobywać, konsekwencja raczej by panu nie pomogła.

– Czułem, że jeżeli nie wygramy jeszcze jednego czy dwóch meczów, to grono niezadowolonych będzie się powiększać, a presja rosnąć. Na szczęście zdołaliśmy to szybciej zażegnać, wygraliśmy ze Stalą i z każdym kolejnym spotkaniem nabieraliśmy pewności siebie. Zespół widział, że idzie to w dobrym kierunku. Nawet ten mecz z Resovią, który zakończył się niekorzystnym wynikiem, pokazał, że nie jesteśmy słabszą drużyną. Tamto starcie należało przynajmniej zremisować, ale z różnych przyczyn stało się inaczej.

– Od tamtego momentu wszystko nagle zaskoczyło.

– Tydzień później czekał nas mecz w Pruszkowie, gdzie nikomu nie gra się łatwo. Punkty po nas stracili tam przecież i GKS Katowice, i Resovia. Myśmy wygrali tam wysoko i później końcówka rundy była już bardzo udana. Potwierdziło się to, o czym mówiłem. Że jest to proces, na który potrzeba czasu. Zawodnicy o tym wiedzieli, „kupili” to i ciężko pracowali. Wypadkową ich starań było to, co widzieliśmy na koniec jesieni. Doszedł wysoki poziom mentalny oraz cel, jaki był już na horyzoncie. Przed nami jednak wiele do zrobienia, wiosna będzie jeszcze trudniejsza. W tym sezonie trzeba będzie zdobyć dużo więcej punktów niż w latach poprzednich.

– Od 13 stycznia zaczynacie od nowa.

– Okres przygotowawczy będzie dla nas kluczowy, dlatego piłkarze dostali indywidualne plany treningowe, które mają wykonywać podczas urlopów. Mamy narzędzia technologiczne, które pozwalają nam to weryfikować. Chcemy, by zawodnicy przyjechali na pierwszy trening 13 stycznia już gotowi do bardzo ciężkiej pracy. Oczywiście początek będzie wprowadzeniem do tego wysiłku, trzeba też będzie dokonać pomiarów parametrów piłkarzy. Ważne więc będzie to, co zespół zrobi w przerwie, ale też chciałbym, aby był to dla zawodników odpoczynek od piłki. Taki reset, który bywa bardzo potrzebny. Sam zamierzam spędzić ten czas w rodzinnym gronie, choć trenerem bywa się 24 godziny na dobę i telefon musi być cały czas włączony.

– Zimowy plan przygotowań jest już skończony?

– Jest zaplanowany w zasadzie co do dnia. Klub zapewnił nam optymalne warunki, pojedziemy na dwa zgrupowania. Nie jest to jakieś widzimisię, tylko po prostu nie chcemy niczego zaniedbać. Tak postępują zawodowe kluby, a Widzew ma aspiracje, by takim być. Nie możemy mieć z jednej strony olbrzymich oczekiwań, a z drugiej stosować półśrodków. Tak się nie da. Cieszę się na ten okres przygotowawczy, bo pozwoli nam zespolić drużynę w bardzo dobrych warunkach.

– Może to być jednak broń obosieczna. Gdyby coś poszło nie tak, to ludzie będą wam wytykać tę Turcję latami.

– Nie bierzemy pod uwagę takiego wariantu, patrzymy optymistycznie. Zdaję sobie sprawę, że Kaczmarek jest w Widzewie, jeżeli Widzew jest w I lidze. Część piłkarzy jest w Widzewie, jeżeli jest on w I lidze. I tak dalej. Dlatego musimy zrobić wszystko, niczego nie zaniedbać, żeby później nie pluć sobie w brodę i nie mieć myśli: „A gdybyśmy zrobili więcej, to może by się udało”. Takich przypadków było już sporo. Podam panu przykład jednej z drużyn, sprzed dwóch lat, choć nie powiem której. Walczyła ona o awans do Ekstraklasy, klub zimą nie zgodził się na wyjazd zagraniczny, choć ta decyzja nie dawała mu jakichś wielkich oszczędności. Nie wiem, czy była to podstawa przyczyna, ale klub ten nie wywalczył awansu, choć po jesieni zajmował czołowe miejsce. Dlatego w Łodzi nie chcemy niczego zaniedbać.

– Jak ta zima będzie wyglądać?

– Przed nami dwa zgrupowania i osiem gier kontrolnych. Najpierw zaczniemy dziesięcioma dniami w Łodzi, później jedziemy na dziewięć dni do Cetniewa. Po powrocie, czeka nas ponad tydzień pracy na miejscu i lecimy do Turcji. W Polsce rozegramy pięć meczów sparingowych, a trzy kolejne już za granicą. Po powrocie do kraju, na jakieś dziesięć dni przed pierwszym meczem mistrzowskim, nie chcemy rozgrywać już żadnych sparingów.

– To nietypowe. Dlaczego?

– Zdajemy sobie sprawę, że mogą być różne, trudne do przewidzenia teraz warunki pogodowe. Chcielibyśmy uniknąć kontuzji, stąd decyzja, by płynnie przejść z tureckiego zgrupowania na warunki meczowe. Liczymy, że wszyscy staną na wysokości zadania i będziemy mogli te ostatnie dni przed spotkaniem z Olimpią spędzić na dobrze przygotowanym naturalnym boisku. Będzie to przecież już swoisty przedmeczowy mikrocykl.

– Cetniewo będzie obozem z większym naciskiem na pracę fizyczną, a Alanya tę bardziej taktyczną?

– Tak, choć na żadnym etapie nie chcemy zapominać o piłce. Ta pierwsza część przygotowań musi być poświęcona zbudowaniu siły, wytrzymałości, dlatego te tygodnie będą fizycznie najtrudniejsze. Ale tak, jak mówię, zajęcia będą przeplatane z tymi piłkarskimi, więc rozegramy w tym okresie również mecze sparingowe.

– Przed wami trudne decyzje o rozstaniach z niektórymi piłkarzami. Kiedy dowiemy się coś więcej?

– Wewnątrz sztabu szkoleniowego były już rozmowy, przeanalizowaliśmy to, co działo się jesienią. Może jeszcze nie aż tak bardzo dogłębnie, ale jesteśmy w trakcie. Pierwsze wnioski już są, dlatego ten tydzień poświęcimy na rozmowy z piłkarzami. Musimy jednak pamiętać, że w grę wchodzą także zależności kontraktowe. To nie jest takie proste, że podejmiemy sobie decyzję i rozstajemy się. Nikomu nie kończy się umowa.

– W ostatnich oknach transferowych wietrzenie szatni było duże. Uda się go teraz uniknąć?

– Na pewno nie będzie rewolucji. Takowa była latem, teraz ma być ewolucja. Potrzebujemy wzmocnień, żeby się rozwijać, piłkarze muszą dostać dodatkowe bodźce w postaci większej rywalizacji. Liczymy się także z tym, że część zawodników nie jest zadowolona ze swojej roli w drużynie i sama może wykazywać inicjatywę rozmów. Musimy się spotkać i to przedyskutować.

– Jaka będzie skala tych zmian? Poniżej dziesięciu zawodników czy jeszcze mniej?

– Oj, nie. Zdecydowanie mniej. Jeżeli mówimy o transferach do klubu, to możemy obracać się bardziej wokół trzech-czterech osób niż siedmiu-ośmiu. Proszę nie brać tego tak dosłownie, ale mniej więcej tak to powinno wyglądać. Na pewno nie będzie wielu zmian. Uważam, że większość zawodników się obroniła, potrzebujemy również czasu, by część graczy jeszcze bardziej wdrożyć w schematy. Nie wyobrażam sobie, żeby to wszystko wywrócić teraz do góry nogami. Nie ma takiej potrzeby. Ale nie można też stracić czujności, trzeba drużynie dać większą rywalizację. Jesteśmy też świadomi deficytów, jakie w niej są.

– Wiosną czeka nas tylko czternaście spotkań.

– Dokładnie. Ale przyjdą też kartki, mogą przyjść kontuzje. Wiem, i chciałbym to wyraźnie podkreślić, że jesienią urazów było bardzo mało. Mięśniowych w zasadzie żadnych, bo urazy Przemka Kity czy Daniela Mąki wynikały z walki, były mechaniczne. To bardzo ważne, że uniknęliśmy kontuzji, ale tak nie musi być zawsze. Zwłaszcza, że teraz będziemy mieli wszystkich graczy dostępnych, będziemy mogli ich monitorować i zwiększać obciążenia.

– Można więc przyjąć, że liczbowo kadra się nie zmieni?

– Docelowo nie chciałbym mieć kadry za bardzo rozbudowanej. Obecny model się sprawdza, tak jak sprawdzał się w moich poprzednich klubach. Powinno być tych piłkarzy około dwudziestu trzech, optymalnie byłoby mieć po dwóch równie dobrych na każdej pozycji. W razie czego możemy posiłkować się młodzieżą. Obserwujemy to, co dzieje się w akademii, stąd przykład m.in. Kamila Piskorskiego. Zastanawiam się też, czy nie zabrać kogoś z młodzieży na pierwsze zgrupowanie. Porozmawiamy o tym z Maćkiem Szymańskim i ustalimy pewne rzeczy. Idealnie byłoby pożegnać tych graczy, których już nie widzimy w Widzewie, i w ich miejsce pozyskać nowych. Nazwisk czy pozycji oczywiście podać nie mogę.

– Każdy, kto uważnie śledzi to, co się dzieje wokół drużyny, swoje przypuszczenia już ma.

– Oczywiście, może i powinien je mieć. To fajny czas dla dziennikarzy czy kibiców, którzy mogą się pobawić w typowanie tych piłkarzy, pospekulować i podyskutować. My musimy wybrać najlepiej, jak można.

– Co z procesem pozyskiwania nowych graczy?

– Taki proces już został uruchomiony. Najpierw sztab szkoleniowy wskazuje, jakich zawodników potrzebuje zespół, na jakie pozycje i o jakiej charakterystyce. Później następuje weryfikacja rynku, trzeba zobaczyć, kto jest dostępny i w naszym zasięgu, a później rozmawiać. Staramy się zacząć z najwyższego pułapu, najwyżej się nie dogadamy i zerkniemy dalej. Chciałbym do końca roku zakontraktować dwóch piłkarzy, wówczas byłbym zadowolony. To jest jednak płynny okres, są przepływy pomiędzy Ekstraklasą, I ligą i II ligą. Pamiętajmy też, że przekonać zawodników do gry na trzecim poziomie rozgrywkowym nie jest łatwo. Mamy także określony budżet, dlatego nikt nie zamierza szastać kasą na lewo i prawo. Zarząd tego pilnuje.

– Z letnich transferów musi pan być zadowolony.

– Patrząc na postawę zawodników, których sprowadziliśmy latem i za których możemy wziąć odpowiedzialność, nie ma pomyłek. Ci piłkarze regularnie grają i są wiodącymi postaciami tego zespołu. Trzeba jednak oddać także poprzednikom to, że ściągnęli np. Przemka Kitę, który też jak najbardziej się sprawdza.

– Kto pańskim zdaniem zrobił największy postęp w ciągu tych pięciu miesięcy?

– Każdy. Nawet Marcin Robak, przy całym swoim doświadczeniu i jakości piłkarskiej, dzięki pracy i chęciom, potrafi znaleźć coś nowego i wdrożyć to do swojej gry. Jeżeli chodzi o młodych, to ja zawsze im powtarzam, że są uprzywilejowani, bo jeżeli w kadrze znajduje się czterech młodzieżowców, to każdy z nich ma 50% szans na grę, a to jest bardzo duży handicap. Ci piłkarze muszą z tego korzystać, ale również pamiętać, że ten status nie jest dany raz na zawsze i gdy się skończy, trzeba udowodnić swoją piłkarską przydatność.

– Niełatwo było panu wrócić do II ligi? Zwłaszcza na tak późnym okresie przygotowań do sezonu.

– Gdyby to nie był Widzew, nigdy nie zdecydowałbym się na tym etapie mojej pracy przejść do II ligi. Nie dlatego, że widzę w tym coś złego, ale na mojej ścieżce zawodowego rozwoju, którą wypracowuję kilkanaście lat, stać byłoby mnie na to, żeby poczekać na oferty z wyższych klas. Zdecydowałem się, bo to Widzew. Z tym wyborem wiążą się też pewne emocje, mówiłem od początku, że jestem z Łodzią związany rodzinnie, byłem bardzo blisko transferu do klubu, co jest moim piłkarskim niespełnionym marzeniem. Dla człowieka i dla trenera bycie tu jest dużą nobilitacją.

– To czysta praca zawodowa i całkowite odcięcie czy jednak trochę pasji i emocji się przedziera?

– To jest zjawisko, nie zdarza się to w polskiej piłce zbyt często. Mam na myśli otoczkę wokół klubu, kibiców, zainteresowanie mediów. Z każdym dniem przekonuję się o skali odpowiedzialności, i to w sposób przyziemny, na podstawie tego, jak ludzie reagują na mój widok na ulicy, w sklepie czy w kinie. Jestem w Widzewie, bo to mój zawód, ale praca w tym klubie wiążę się z szeregiem emocji i nie da się tego wyłączyć. Oczekiwania wobec mnie są bardzo duże. Liczy się tylko sukces sportowy i jeśli uda się go wywalczyć, będę z tego bardzo dumny.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Widzew Mistrz!!! Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Widzew Mistrz!!!
Gość
Widzew Mistrz!!!

Słusznie prawi Pan Trener.
Teraz czas pożegnać Mąkę i kontynuować passę, którą piłkarze rozpoczęli zaraz potem jak Daniel przestał zajmować miejsce w składzie.