Wywiad własny z M. Koniarkiem: „Widzew nie będzie miał z GKS łatwej przeprawy. Czeka go walka”

Postacią, która idealnie spaja drużyny Widzewa Łódź i GKS Katowice, jest niewątpliwie Marek Koniarek. Uwielbiany przy Piłsudskiego były napastnik reprezentował barwy obu klubów, a w ich sobotnim pojedynku będzie miał rozdarte serce.

– Najlepsze lata swojej piłkarskiej kariery spędził pan w GKS Katowice i łódzkim Widzewie. Dziś obu klubom daleko do czasów swojej świetności.

– No, niestety. To jest trzeci poziom rozgrywkowy, czyli wtedy, kiedy jak grałem w piłkę, to była III liga. Nie do pomyślenia, że tak się to wszystko potoczyło w Katowicach i Łodzi. W dodatku oba zespoły były chyba największymi przegranymi poprzedniego sezonu.

– GKS miał walczyć o Ekstraklasę, a spadł do II ligi. Z kolei Widzew się z niej nie wyrwał.

– Pamiętam, jak w graliśmy na Widzewie pod koniec zeszłego roku, gdy prowadziłem Rozwój Katowice. Na pomeczowej konferencji gratulowałem łodzianom awansu, bo mieli wtedy chyba dwanaście punktów przewagi. Nikt nie przypuszczał wtedy, że skończy się tak, jak się skończyło. Brak awansu to była niespodzianka dużego kalibru. Seria remisów na wiosnę najbardziej się do tego przyczyniła.

– Wybiera się pan na sobotni mecz? Zapowiada się starcie na szczycie.

– Jeszcze nie wiem, czy pojadę do Łodzi. Spotkanie zapowiada się ciekawie, ale moim zdaniem nie będzie w nim faworyta. Może troszeczkę większe szanse należy dać Widzewowi, ponieważ zagra na swoim stadionie, jednak według mnie faworyta tutaj nie ma. GKS miał zły początek, ale to jest nowa drużyna, potrzebowała czasu, żeby się zgrać. W końcu zaskoczyła i dzisiaj są groźni dla każdego. Widzew nie będzie miał łatwej przeprawy, czeka go ciężka walka.

– Fani, o których pan wspomina, mogą przeważyć?

– Tak, to bez wątpienia jest spory atut. Siedemnaście-osiemnaście tysięcy ludzi na trybunach robi wrażenie. Mówi się, że łódzka publiczność to taki dwunasty zawodnik.

– Grał pan wiele lat zarówno w Widzewie, jak i GKS. Niełatwo będzie kibicować w sobotę jednej ze stron.

– Tak bywa, dlatego najbardziej bym chciał, żeby skończyło się remisem.

– Jako piłkarz brał pan również udział w spotkaniach pomiędzy łodzianami a katowiczanami. Jakiś zapadł panu szczególnie w pamięć?

– Pamiętam taki jeden mecz w Katowicach, za kadencji trenera Smudy. Gieksa wtedy grała dobrze, atakowała, ale myśmy ich świetnie kontrowali. Przy stanie 3:1 dla Widzewa ruszyliśmy z jedną taką szybką kontrą, przejął piłkę na środku boiska i popędziłem z nią na bramkę. Cały czas czułem za plecami rywali, więc biegłem jeszcze szybciej, wpadłem w pole karne i strzeliłem na 4:1. Odwracam się, a tam Rysiek Czerwiec, Andrzej Michalczuk, Piotrek Szarpak. Sami nasi za mną pobiegli, a piłkarze GKS zostali daleko z tyłu. Niedawno wspominaliśmy tę akcję z „Franzem” i uśmialiśmy się.

– Analizując kadry obu drużyn, na papierze lepszy jest Widzew.

– Na pewno tak. Ci piłkarze mogliby występować wyżej, niektórzy nawet w Ekstraklasie. Do tego taki Robak jest dla reszty zawodników wielkim autorytetem. To nie tylko klasa piłkarska w II lidze, ale także doświadczenie. To jest bardzo ważny element w każdej szatni. W GKS-ie nie ma tej rutyny tak dużo, to w większości młodzi chłopcy. Wyjątkami są chyba tylko Adrian Błąd i Arek Woźniak. Widzewiacy doświadczenia na wyższych szczeblach rozgrywkowych mają więcej.

– Po ostatnim meczu z Widzewem, jeszcze w roli trenera rozwoju, mówił pan, że drużynie brakuje egzekutora. Chyba się to zmieniło?

Jeśli ma pan na myśli Robaka, to na pewno. Przecież on był jednym z najlepszych snajperów Ekstraklasy w ostatnich latach. Jestem przekonany, że gdyby taki zawodnik był w Widzewie wiosną, dziś drużyna grałaby w I lidze. On nie dopuściłby do takiej serii remisów, jaka dotknęła zespół. Brakowało kogoś, kto mógłby znaleźć się w polu karnym i wepchnąć piłkę do bramki.

– Szukając podobieństw do Widzewa z pańskich czasów i tego obecnego, w oczy rzuca się to, że trenerzy Smuda i Kaczmarek raczej trzymają się tych samych nazwisk. Nie rotują składem.

– Każdy trener ma swoje podejście. Trzeba też pamiętać, że nie zawsze kadra pozwala na taką rotację. Myśmy w mistrzowskim sezonie nie mieli zbyt licznej kadry, więc siłą rzeczy cały czas grali ci sami. Martwiliśmy się, co będzie, jak przyjdą kontuzje. Ale na szczęście nie przyszły. Często łapiący urazy Tomek Łapiński rozegrał pełny sezon, od deski do deski. Trener Smuda dobrze nas wtedy przygotował do sezonu, nie miał laptopa, tylko dobrą intuicję i wiedzę. Robił wszystko „na nosa” i szło bardzo dobrze.

– Co obecnie u pana słychać?

Aktualnie nic nie robię, mam spokój. Seniorska drużyna Rozwoju Katowice została rozwiązana z braku pieniędzy, klub pozostawił tylko drużyny juniorskie. Na razie odpoczywam, jak przyjdzie jakaś propozycja, to się będzie myśleć. Zobaczymy. Szkoda, tego Rozwoju, bo w ostatnich latach wychodziło z niego wiele talentów. No, ale jak nie ma pieniędzy, to się niczego nie zrobi.

– W Katowicach i Łodzi na brak pieniędzy nie narzekają, a jednak nie idzie tak, jakby się chciało.

– No właśnie. Zazwyczaj jest tak, że bogate kluby osiągają lepsze wyniki. Gdy kasy brakuje, to pracuje się o wiele trudniej. Chociaż w Widzewie mieliśmy okres, że nam nie płacono, a mimo to robiliśmy wynik. Jeden walczył za drugiego, dawaliśmy sobie radę. Ale na dłuższą metę bez pieniędzy nie da się funkcjonować. W GKS i Widzewie ich nie brakuje, to, że te kluby są w II lidze, przy budżecie na poziomie dołu Ekstraklasy, to wstyd. Wyniki tam muszą być lepsze.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o