Wywiad własny z M. Kozłowskim: „Mam nadzieję, że kibice zapamiętają mnie z tej dobrej strony”

Widzew wszedł w sezon 2019/2020 bez nominalnego wychowanka w składzie. Jednym z ostatnich był Marcin Kozłowski, ale ostatecznie zabrakło dla niego miejsca w klubie i musiał zmienić barwy. Między innymi o kulisach odejścia opowiadał nam już jako gracz Pogoni Siedlce. Nie zabrakło także anegdotek o Franciszku Smudzie, rozmowy o nieudanym pobycie w Legionowie czy planach na przyszłość.

– To już drugie twoje odejście z Widzewa. Łatwiej się z tym pogodzić teraz niż cztery lata temu?

– To są dwie zupełnie inne sytuacje. Wtedy, gdy klub upadał, nie miałem wyjścia. Miałem 21 lat, byłem po swoim pierwszym sezonie w seniorskiej piłce i chciałem przede wszystkim grać. U trenera Wojciecha Stawowego wiosną wystąpiłem tylko w jednym, ostatnim meczu z Olimpią Grudziądz, a po pierwszej mojej udanej rundzie na I-ligowych boiskach mogłem zmienić barwy, co byłoby dobrą decyzją, patrząc z perspektywy następnego półrocza. Zostałem w Widzewie i czułem jakby przez te pół roku uciekło mi kilka lat. Po spadku do II ligi miałem nadzieję, że wrócę do składu, ale wiadomo, jak to się skończyło.

– Klub w II lidze nie wystartował i praktycznie na moment przestał istnieć.

– Cały czas czekałem na rozwój wypadków. Reszta drużyny znajdowała nowe kluby, rozjeżdżała się po Polsce i świecie, a ja, razem z Arkiem Kasperkiewiczem, wypatrywaliśmy codziennie informacji, że jest licencja na II ligę i nie będziemy musieli odchodzić z Widzewa. Czas mijał i nic się nie poprawiało, więc i ja zacząłem rozglądać się za nowym klubem.

– Koniec końców i tak wylądowałeś w II lidze. Nie było szans na wyższy poziom?

– Były duże szanse, jednak Widzew, który rzekomo już nie istniał, oczekiwał, że otrzyma za mnie jakieś duże kwoty za ekwiwalent i nikt nie był w stanie zapłacić takiej sumy. Dopiero po kilku pismach do Polskiego Związku Piłki Nożnej zostałem wolnym zawodnikiem i mogłem odejść za darmo. W tym momencie było już bardzo późno i pole manewru bardzo mi się skurczyło. I tak wylądowałem w Legionovii. Nie miałem już zbytnio innego wyboru na poziomie centralnym, bo zostało kilka dni do rozpoczęcia rozgrywek. Zresztą, w zespole bardzo chciał mnie trener Bartoszek i była fajna ekipa. Myślałem, że nie będę miał problemów z graniem.

– Nie wypaliło.

– Szczerze mówiąc, to na swojej pozycji zagrałem tam chyba pół meczu… Najczęściej występowałem w środku pola i uwierz mi – nie wyglądałem tam źle, dopóki zespół prowadził trener Bartoszek. Później, gdy zespół przejął Ryszard Wieczorek, grałem bardzo rzadko i byłem rzucany po różnych pozycjach. Pamiętam chociażby wygrane spotkanie z GKS Tychy. Mecz zacząłem na prawej pomocy, później zostałem przesunięty do środka pola, a zawody skończyłem na lewej obronie. Nie wyglądałem najgorzej na żadnej z tych pozycji, ale w tym wieku brak stabilizacji nie pozwalał mi pokazać w pełni moich umiejętności.

– W Legionowie poznałeś przynajmniej paru przyszłych widzewiaków.

– W składzie byli wtedy m.in. Kamil Tlaga czy Mariusz Zawodziński. Obaj zimą przenieśli się do Widzewa, do IV ligi.

– Nie myślałeś sobie wtedy, że może warto iść razem z nimi? Klub pewnie nie robiłby wielkich trudności, skoro byłeś tylko uzupełnieniem kadry.

– To nie wyglądało tak, że ja chciałem na siłę zostać w Legionowie. Trener Wieczorek bardzo chciał, żebym został w klubie i walczył o miejsce w składzie. Nie było za dużych możliwości odejścia. Niestety, co innego mi mówiono, a co innego robiono. Znowu byłem rzucany po pozycjach i ciężko było przez to wywalczyć miejsce w pierwszej jedenastce. Oczywiście, ja też popełniałem błędy, bo obrażałem się na to, że nie gram, a jak gram, to w zasadzie wszędzie, zamiast zacisnąć zęby i pokazać, że jestem lepszy od innych. Człowiek uczy się na błędach i z perspektywy czasu uważam, że to była dla mnie wartościowa lekcja. Trener Wieczorek nie widział w drużynie Kamila i Mariusza, dlatego mogli szukać innego klubu. Oczywiście miałem bardzo dużo telefonów z Widzewa, jednak nie za bardzo mogłem odejść i chyba nie za bardzo chciałem iść do IV ligi.

– Latem, po awansie do III ligi, sytuacja się zmieniła.

– Tak szczerze, to byłem dogadany z Widzewem jeszcze przed tym, jak zespół zapewnił sobie awans. Nie grałem w Legionowie, więc zastanawiałem się, co dalej ze mną będzie. Mogłem zostać w Legionovii, miałem jakieś zapytania o testy do I ligi, dzwonili z II ligi, jednak bardzo chciałem wrócić do Widzewa i mimo tego, że wiele osób mi to odradzało, zdecydowałem się na powrót. Dużo ludzi z tzw. widzewskiego środowiska mnie do tego namawiało, gdy bywałem na meczach. To było bardzo miłe. Zresztą, prezesi Ferdzyn i Krakus byli bardzo konkretni, więc dogadałem się bez problemu. Wierzyłem w to, że zrobimy od razu awans do II ligi, byli tam już przecież zawodnicy, którzy grali na wyższym poziomie jak np. Sebastian Zieleniecki, Michał Czaplarski czy wspomnieni Kamil i Mariusz. W drodze do Łodzi byli też już Mateusz Michalski czy Daniel Mąka. Myślę, że mogliśmy zrobić awans w pierwszym podejściu, gdyby nie przedwczesne rozstanie z trenerem Płuską,

– Nie żałowałeś, że za pierwszym razem się nie udało?

– Nie licząc jesieni straconej przez kontuzję, grałem regularnie, w dodatku „u siebie”. Trener Cecherz , którego bardzo dobrze wspominam, regularnie na mnie stawiał, a ja wyglądałem solidnie. To oczywiście cieszyło, ale na końcu powodów do radości nie było, bo nie awansowaliśmy. Robiliśmy co się dało, żeby odrobić stratę do Drwęcy oraz ŁKS i wiosną punktowaliśmy naprawdę bardzo dobrze. Wszystko posypało się po derbach. Gdybyśmy wtedy wygrali, płynęlibyśmy na tej fali do końca i wszystko byłoby możliwe. Remis sprawił, że nie odrobiliśmy nic do ŁKS i wszystko siadło. Pojechaliśmy do Ełku jak zbite psy i przegraliśmy, tracąc szanse na awans.

– Nie miałeś wtedy myśli, żeby znowu odejść?

– Nigdy po powrocie ich nie miałem. Chciałem walczyć dla Widzewa i samego siebie. Nie było mowy o żadnym transferze, przyszedł trener Franciszek Smuda i wierzyliśmy, że tym razem awansu nikt nam nie zabierze. Było ciężko, ale w końcówce się udało. Zresztą prezes Klementowski przedłużał ze mną kontrakt dwa razy w jednym sezonie, grałem bardzo dobrze, a on to widział i doceniał, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

– U Smudy w końcu miałeś szansę więcej pograć.

– Najwięcej w seniorskiej piłce, wypadłem chyba tylko na kilka spotkań. U Franciszka Smudy nauczyłem się bardzo dużo, to wielka trenerska postać. Pamiętam, że gdy wszedł do szatni pierwszy raz, to staliśmy jak zahipnotyzowani. Szkoda, że nie mogliśmy pod jego wodzą zagrać tego ostatniego meczu, ale władze klubu zadecydowały, jak zadecydowały. Po spotkaniu z Sokołem Ostróda zadedykowaliśmy to zwycięstwo i awans właśnie trenerowi Smudzie. Choć oczywiście wdzięczni jesteśmy też Radosławowi Mroczkowskiemu za to, że poprowadził nas do tej wygranej.

– Gdy pytam piłkarzy o relacje z „Franzem”, to najczęściej mówią, że było jednocześnie śmiesznie i strasznie.

– Coś w tym jest. Czasami trener rzucał takimi tekstami, że brzuchy pękały ze śmiechu, ale nikt nie odważył się tego po sobie pokazać. Trener Smuda lubił nadawać nam własne pseudonimy. U niego nie byłem „Cinkiem”, tylko „Przecinakiem”, a „Humer” został „Humelem”. Któregoś razu Maciek dla żartów przyszedł na zbiórkę w dresie firmy „Hummel”. Trener Smuda był surowy i wymagający, ale to również duży fachowiec. Pamiętam jak w zimowym okresie przygotowawczym mówił „Zobaczycie, że nie będziemy już tracili punktów z tym Morongo i Wikiliusem” (śmiech). Trzeba było gryźć się w język. Albo jak przyjechał na testy jakiś zagraniczny piłkarz, z brzuszkiem, a trener wypalił do niego: „Nie no, chłopie. Muchos Kilos”. Od razu zrozumiał, że w Widzewie nie zostanie.

– Każdemu z was też się codziennie obrywało. Marcin Broniszewski był chyba w tym duecie takim „dobrym policjantem”?

– To prawda, „Franz” lubił nam dogryzać. Długo w szatni śmialiśmy się z Seby Olczaka, po sytuacji, gdy miał złamaną rękę i nie mógł na treningu przenosić z nami bramek. Stał i machał gipsem, pokazując w którą stronę mamy się przesuwać. Zobaczył to trener Smuda i skomentował po swojemu: „Te, Łapka. Tak to będziesz zimą na stacji kolejowej wymachiwał”. No i zimą już Seby nie było… Faktycznie, trener Broniszewski był doskonałym uzupełnieniem. Bardzo miło wspominam tamten czas.

– Nie dziwię się, że wspominasz Smudę, bo po zmianie szkoleniowca straciłeś miejsce w składzie i w zasadzie nie odzyskałeś go na dobre już wcale.

– Trener Mroczkowski nie krył się z tym, że nie bardzo chce mnie w drużynie. Na obozie to Radek Sylwestrzak grał na prawej obronie, a ja byłem przesuwany na prawą pomoc. Trener chciał, żebym poszedł na wypożyczenie i nie bardzo chciał mi dać szansę. Dobrze, że wtedy był w klubie prezes Klementowski, który wiedział, na co mnie stać i nie chciał, abym gdzieś odchodził. To chyba dzięki niemu zostałem w Łodzi i z czasem dostałem szansę, którą wykorzystałem. Nikt mi nie wmówi, że źle wyglądałem w II lidze, skoro stawiał na mnie nawet Radosław Mroczkowski. Wygrywaliśmy mecze, byliśmy liderem, w trakcie analiz spotkań byłem chwalony i wszystko szło do przodu. Zresztą, zostałem przez kibiców wybrany do Top 3 rundy. Czułem, że się rozwijam, bo trener Mroczkowski ma świetny warsztat.

– Wiosną znów wypadłeś poza burtę, gdy Widzew sprowadził Łukasza Turzynieckiego. Jak się z tym czułeś?

– Wiedziałem, że Widzew ściągnie kogoś do rywalizacji ze mną. Oczywiście byłem na to gotowy i nawet cieszyłem się, że będę mógł z kimś konkurować, bo po odstawieniu Sebastiana Kamińskiego byłem jedynym nominalnym prawym obrońcą w kadrze. Początek rundy był dla mnie nieudany. Ale rozumiałem, dlaczego nie grałem – dwa dni przed obozem złamałem rękę i w okresie przygotowawczym zagrałem tylko w jednym sparingu. Nie miałem nawet możliwości wygrać rywalizacji. Na takie rzeczy nie ma się wpływu, dlatego się na tym absolutnie nie skupiałem. Nie mam nic do „Turzyka”, bo to przecież nie on decyduje o składzie, ale w późniejszym czasie wyglądało to tak, że co by się nie działo, to i tak on będzie grał. Chociaż trener Mroczkowski powiedział mi, że z Olimpią Elbląg zagram od początku, po tym, jak słabo wypadliśmy w Stargardzie. Pojechałem na to mini zgrupowanie, miałem w końcu dostać szansę i… nagle trenera zwolniono.

– Po przyjściu Jacka Paszulewicza twoja sytuacja się nie zmieniła.

– Zmiana nastąpiła w bardzo gorącym okresie. Zespół nie mógł wygrać meczu, wpadł w serię remisów. Wydawałoby się, że to najlepszy moment, żeby coś zmienić i dać szansę tym, którzy jej dotąd nie dostawali. Byłem pewien, że mimo zmiany szkoleniowca, wybiegnę od pierwszej minuty z Olimpią, a tu nagle nie było mnie nawet w osiemnastce. Chyba nie tylko ja byłem tym wszystkim zdziwiony, bo chłopaki też do mnie podchodzili i pytali się, o co chodzi. Co mogę powiedzieć? Jeżeli jesteś odstawiony na bocznicę, a drużyna traci punkty co mecz, to czujesz podwójną złość, a do tego nic nie możesz zrobić. Nie wiem, dlaczego nie dostałem żadnej szansy, mimo tej całej sytuacji trenowałem bardzo ciężko i nawet w rezerwach pokazywałem, że jestem w formie.

– Nie porównujmy II ligi do okręgówki.

– Jasne, ale gdybym nie był w dobrej dyspozycji, to nawet w okręgówce nie potrafiłbym zaliczyć w jednym meczu sześciu asyst plus gola.

– Trener Paszulewicz o tym wiedział?

– Nie wiem. To najbardziej boli: przychodzisz na trening i masz świadomość, że i tak nie będziesz grał. Rozumiem, jakbym w poprzedniej rundzie nie zagrał ani jednego meczu i byłbym wielką niewiadomą, ale przecież rozegrałem całą jesień na dobrym poziomie i wygrywaliśmy mecz za meczem. Skończyło się tak, że zagrałem tylko w ostatnim meczu z Bełchatowem i to tylko po interwencji.

– Jakiej interwencji?

– Rada drużyny, z Maćkiem Humerskim na czele, poszła do trenera z pytaniem, dlaczego jestem przez niego tak „kasowany”. Nikogo o to nie prosiłem, nie rozmawiałem z chłopakami o tym. Nigdy na nikogo nie powiedziałem złego słowa. „Humer” sam zobaczył, że coś jest nie tak i bez mojej wiedzy poszedł do trenera i zaczął rozmawiać. Bardzo jestem mu za to wdzięczny, mimo, że zrobił to za moimi plecami. Niektórym może się wydawać, że jak nie grałem, to marudziłem i rozwalałem szatnię, czy coś w tym stylu. Ale możesz spytać wielu osób, że zawsze byłem z drużyną, niezależnie od tej całej sytuacji, bo najważniejsze było to, żeby zrobić awans.

– Kiedy dowiedziałeś się, że to twój ostatni oficjalny występ w Widzewie? Przynajmniej na razie.

– Kilka dni po meczu w Bełchatowie zostaliśmy wezwani na rozmowę. Byli na niej obecni m.in. Łukasz Masłowski i prezes Jakub Kaczorowski. Usłyszałem, że nie będę grał, wyląduję w rezerwach i mam zielone światło na szukanie klubu. Zapytałem, dlaczego tak uważają, skoro nie ma jeszcze nowego trenera, ale nie dostałem konkretnej odpowiedzi. Zrozumiałbym to, gdyby prosto w oczy powiedziano mi, że jestem za słaby. Uszanowałbym to, bo każdy ma prawo do własnego zdania i dokonywania wyborów, ale najbardziej bolało mnie to, że nikt nie był wstanie mi szczerze powiedzieć, o co chodzi.

– Jak zareagowałeś?

– Nie mogłem się pogodzić z tą decyzją ze względu na przywiązanie do Widzewa. Niełatwo jest pół życia spędzić w jednym miejscu i tak nagle być odpalonym, w dodatku nie wiadomo za co. Ludzie potem wypytują cię, dlaczego tak się stało, a ty musisz wszystko trzymać w sobie i mówić, że będzie dobrze, bo nie na miejscu jest wylewać żale wszędzie i każdemu. Gdy przyszedł trener Smółka, rozmawiał z nami-odpalonymi i powiedział, że ma nadzieję, że będzie mógł każdego z nas sprawdzić w treningu, ponieważ to nie jego decyzją zostaliśmy przesunięci do rezerw. Kilka dni później, na konferencji prasowej, powiedział, że nie będziemy mu potrzebni. Wtedy było mi to już obojętne, bo skupiałem się tylko na tym, aby trenować i szukać nowego klubu.

– Nagle pojawiły się jednak informacje, że Smółka też odejdzie.

– Ciężko mi było w to uwierzyć, że doszło tego, że cały pion sportowy został zwolniony. Przecież dyrektor Masłowski niedawno zaczął pracować i miał jakiś pomysł na tą drużynę. Po przyjściu nowego trenera dostawałem jakieś informacje, że mnie przywrócą do pierwszej drużyny. Liczyłem, że Marcin Kaczmarek chociaż mnie sprawdzi, a potem faktycznie tymczasowo wróciliśmy do pierwszego zespołu. Zagraliśmy w sparingu ze Stomilem Olsztyn i odbyliśmy kilka jednostek treningowych. Do trenera mam wielki szacunek, bo na wejściu powiedział, jak wygląda sytuacja i byłem świadomy tego, że reszta drużyny trenowała ze sobą już kilka tygodni, a ja byłem wcześniej odpalony i pewnych rzeczy już się zmienić nie da. Po prostu nie było na to czasu. Rozmowę z trenerem zachowam dla siebie, ale była ona pozytywna i szczera.

– Rozstanie z klubem przebiegło bez turbulencji?

– Tak, dogadałem się bez żadnych przeszkód. Nikt nie robił mi problemów przy „obiegówce” czy innych rzeczach. Rafał Pawlak i prezes Szor wszystkim się zajęli, za co im bardzo dziękuję. Podpisanie umowy z Pogonią trochę trwało, ale to dlatego, że musiałem się dogadać w Siedlcach, a nie dlatego, że Widzew w czymś przeszkadzał.

– W Pogoni zacząłeś na ławce.

– Byłem tego świadomy, podpisałem umowę na dwa dni przed pierwszym meczem, więc naturalne, że nie wybiegłem od pierwszej minuty. W ostatnim meczu z Resovią zagrałem już pół godziny i mam wrażenie, że wszystko idzie do przodu. Czuję się bardzo dobrze, na pewno będę walczył o pierwszy skład. Łatwo nie będzie, bo Pogoń ma naprawdę mocną kadrę. Nie przez przypadek wiosną była jedną z najlepszych ekip w II lidze. Jest ze mną w zespole Kacper Falon, który przeszedł w Widzewie to samo, co ja. Obaj mamy coś do udowodnienia.

W październiku Pogoń przyjedzie do Łodzi.

– Tak i już się nie mogę doczekać tego meczu. Fajnie będzie zagrać znowu przy pełnych trybunach i spotkać pracowników klubu czy kibiców, z którymi spędziło się piękne chwile. Oczywiście, piłka to moja praca więc, jeżeli trenerzy na mnie postawią, to będę się starał grać jak najlepiej i chciałbym wygrać to spotkanie.

– Jak z przeprowadzką do Siedlec?

– Wprowadziłem się już do nowego mieszkania, więc mogę się skupić tylko i wyłącznie na piłce. Aktualnie mieszka ze mną moja narzeczona, z którą za niecałe dwa lata biorę ślub, jednak później będę przez większość czasu mieszkał sam, bo musi wracać do Łodzi. Ma tam wiele obowiązków, dlatego tak to będzie wyglądało. Na szczęście do Łodzi jest blisko, więc będę bywał w niej często.

– Rozstałeś się z Widzewem na zawsze?

– Chyba żartujesz! Widzewiakiem będę zawsze. Zacząłem grać w klubie, gdy miałem 6 lat, przeszedłem przez wszystkie drużyny młodzieżowe aż do seniorów i zagrałem około 100 meczów. Nie mam zamiaru się obrażać na zaistniałą sytuację i nie mam do nikogo żalu. Wychowałem się wśród kibiców, większość moich znajomych z osiedla chodzi na mecze i mocno dopinguje drużynę. Nie jestem osobą, która zapomina, skąd pochodzi i moja sympatia nie zmieni się przez to, że będę grał dla innego klubu. Wierzę w obecną drużynę i w to, że wywalczy awans.

– A w to, że jeszcze zagrasz w Widzewie?

– Czas pokaże. Aktualnie skupiam się na rzeczach, na które mam wpływ. W głowie pozostaną mi tylko te pozytywne chwile, a było ich mnóstwo. Mam nadzieję, że kibice zapamiętają mnie z tej dobrej strony. Wiem, że nie byłem wybitnym zawodnikiem, ale zawsze starałem się wszystko nadrabiać walką i serduchem.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o