
PRZEJDŹ DO NEWSA
Zdzisław Kostrzewiński jest legendą łódzkiego sportu. Wychowankiem Widzewa, a także byłym piłkarzem ŁKS-u i Zawiszy Bydgoszcz. Jako kapitan wyprowadził zespół Widzewa w pierwszym historycznym meczu czerwono-biało-czerwonych w europejskich pucharach. Podopieczni Bronisława Waligóry sensacyjnie wyeliminowali wtedy Manchester City. Niedawno minęło od tych wydarzeń 49 lat. Jak pomocnik wspomina boje z Anglikami? Z jaką poważną kontuzją dograł do końca meczu rewanżowego? Jakie tradycje sportowe ma jego rodzina? Dlaczego ma dziś żal do Widzewa? W rozmowie z portalem Weszło zasłużony piłkarz opowiedział o swojej bogatej karierze.
Rozmowa jest początkiem cyklu „Bohaterowie starych gazet” i odbyła się pod koniec września.
Kamil Kijanka: Muszę zacząć od tego pytania. Jak zdrowie?
Zdzisław Kostrzewiński: Czuję się całkiem dobrze. Jestem w tej chwili w DPS-ie (Zakład Opiekuńczo-Leczniczy w Konstantynowie Łódzkim – przyp.red.). Oczekuję na operację. Mam złamany kręg lędźwiowy. Będzie wszystko dobrze, inaczej nie myślę. Jestem zadowolony z tutejszej opieki. Mogę liczyć na pomoc najbliższych.
Wraca Pan często myślami do wspomnień związanych z występami w Widzewie?
Oczywiście. Są takie momenty, w których łapię się na tym, że samemu wracam myślami do tamtych chwil. Spotykamy się także co jakiś czas z kolegami z boiska i wtedy także rozmawiamy o minionych czasach i pamiętnych meczach. W ostatnich latach nie mamy za bardzo powodów, by podziwiać naszych gwiazdorów. Wspominamy więc i dyskutujemy o dawnych czasach. Niestety, w tym sezonie nie byłem w stanie pojawić się na stadionie…
Wiesław Chodakowski, Zdzisław Kostrzewiński i Andrzej Grębosz na meczu Widzewa w 2018 roku.
Śledzi Pan jednak to, co dzieje się obecnie w drużynie Widzewa.
Jak najbardziej. Mam nadzieję, że po operacji szybko dojdę do siebie i wybiorę się na najbliższy mecz.
Zdzisław Kostrzewiński: Kiedy Boniek był prezesem PZPN-u, to nikogo z nas nie zaprosił na mecz reprezentacji
Niedawno obchodziliśmy rocznicę pamiętnego dwumeczu z Manchesterem City. W przyszłym roku minie od tych wydarzeń pięćdziesiąt lat. Po tym wyjątkowym sezonie pożegnał się Pan jednak z Widzewem. Dlaczego?
Tak naprawdę do tej pory nigdy oficjalnie mi nie podziękowano za grę w Widzewie. Przyszedłem pewnego razu na trening i chciałem wyjąć sprzęt. Usłyszałem wtedy od gospodarza, że mogę dać sobie spokój, bo już nie gram w tym klubie. Takie było moje „pożegnanie” z klubem, do którego przyszedłem jako nastolatek. Jakieś dokonania z mojej strony przecież były… Dlatego też czuję pewien żal z tego powodu. Do dziś. Byłem i jestem w końcu „Widzewiakiem” z krwi i kości. Miałem 32 lata i nadal nadawałem się do gry. Nikt nie robił mi wcześniej żadnych uwag, że gram źle lub nie spełniam oczekiwań. Biegałem od szesnastki do szesnastki. Miałem zdrowie.
Nikt nie wyjaśnił Panu powodów tej decyzji?
Po tym wszystkim mnie i Wiesława Chodakowskiego zaprosił do gabinetu prezes Ludwik Sobolewski i oznajmił, że mamy już swoje lata, więc czas się rozstać. Nie wierzyłem jednak w te tłumaczenia. Doszły mnie słuchy, że stał za tym Zbigniew Boniek. Podobno rozmawiał z prezesem Ludwikiem Sobolewskim na ten temat. Musieliśmy zakończyć nasze kariery. Było mi bardzo przykro. Tym bardziej, że to my go wyciągnęliśmy z Zawiszy. Prezes Sobolewski nie miał pieniędzy na to, by go wykupić. W pięciu się złożyliśmy, żeby to się udało. O ile piłkarzem był wspaniałym, to moim zdaniem, człowiekiem niekoniecznie. W piłkę gra się przecież w jedenastu. Sam niczego by nie osiągnął. Kiedy był prezesem PZPN-u, nie zaprosił nikogo z nas ani razu na mecz reprezentacji.
Porozmawiajmy o Pana karierze i wyborach. Czy jest coś, czego dziś Pan żałuje?
Pewnie „coś” by się znalazło, gdyby się tak głębiej zastanowić. Staram się jednak niczego nie żałować. Spełniłem swoje wielkie marzenie. Zostałem piłkarzem i grałem w dobrej ligowej drużynie. Wyjazd do Stanów Zjednoczonych był na przykład bardzo ciekawą przygodą. Zdobyliśmy tam nawet krajowe mistrzostwo amatorów.
Zanim wrócimy do boiskowych wspomnień, chciałbym dowiedzieć się, w jakich okolicznościach poznał Pan swoją przyszłą żonę, Panią Grażynę, także wybitną sportsmenkę.
Grażyna była czołową łyżwiarką figurową. Olimpijką i mistrzynią Polski. Była m.in. na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, mistrzostwach świata i Europy. W Łodzi trenowała i mieszkała. Często przychodziłem do Hali Sportowej na mecze hokejowe ŁKS-u, gdzie grało kilku moich dobrych kolegów – Adam Kopczyński, Walery Kosyl. Ona mieszkała w hotelu, nieopodal. Często bywała na tych samych meczach. Tak też w końcu na siebie trafiliśmy. Na początku odczuwałem duży stres, wiadomo. Tym bardziej, że już wtedy była niezwykle utytułowaną zawodniczką, reprezentantką Polski. A ja tylko zwykłym kopaczem w Widzewie… Jednak zaiskrzyło. Nasze córki też poszły nieco w nasze ślady. Jedna jeździła na łyżwach, druga trenowała lekkoatletykę na ŁKS-ie. Z tego powodu zresztą poznała Artura i została jego żoną (dwukrotny medalista olimpijski Artur Partyka – przyp. red.). Jesteśmy rodziną, która żyła sportem.
Srebrny i brązowy medalista olimpijski Artur Partyka to prywatnie zięć Zdzisława Kostrzewińskiego.
Jak to się w ogóle stało, że trafił Pan właśnie do Widzewa?
Wychowałem się na Bałutach, w okolicach dawnej ulicy Włady Bytomskiej (dziś Organizacji Wolność i Niezawisłość – przyp.red.) i Franciszkańskiej. Mieszkałem z rodzicami i dwoma braćmi. Tata pracował w drukarni wojskowej jako zecer, a mama w biurze. Wszyscy mnie tam znali, więc nie czułem się niebezpiecznie. Jak wracaliśmy ze szkoły, to graliśmy w piłkę do późnego wieczora. Z czasem zaczęli przychodzić także chłopcy z innych okolic. Graliśmy mecz za meczem. Kiedy zaczęło nas przychodzić coraz więcej, dobieraliśmy się w drużyny i graliśmy na zmianę. Później, jak trenowałem w ŁKS-ie, to zagadywałem biletera, by wpuszczał moich kolegów na stadion. Tak wchodziło piętnastu, czasem dwudziestu chłopaków. Miałem tylko mu pokazywać, którzy są ode mnie. I tak wchodzili. W Łódzkim Klubie Sportowym grałem także z kilkoma bardzo dobrymi zawodnikami, takimi jak Stasiu Stachura, Marian Wilczyński w bramce, czy Kaziu Kowalec. Kaziu grał w tym słynnym meczu z Luksemburczykami (0:5 z Jeunesse Esch w Pucharze Europy w 1959 roku – przyp.red.).
Piłkarze tłumaczyli ponoć po tej porażce, że pierwszy raz grali mecz przy sztucznym oświetleniu i to także zadecydowało o rozmiarach tej porażki.
Zgadza się. Jak trenowali na ŁKS-ie, to sprowadzili dwa reflektory punktowe z teatru i myśleli, że to załatwi sprawę. Miało to im jakoś pomóc oswoić się przed tym, co ich czekało. Okazało się jednak inaczej.
Pierwszym Pana klubem był jednak Widzew.
Tak. To był rok 1959. Nie miałem wtedy jeszcze ukończonych czternastu lat. Dowiedzieliśmy się, że Widzew poszukuje juniorów. Pojechałem wtedy z moim serdecznym kolegą, Stasiem Kaczmarkiem na pierwszy trening i tak zaczęła się moja przygoda. Pierwszym trenerem był Henio Koczewski, a po nim Paweł Kowalski.
Jak to się więc stało, że trafił Pan z Widzewa do Łódzkiego Klubu Sportowego?
Mniej więcej trzy lata później, jako wyróżniający się junior zostałem oddelegowany do mocnego wtedy ŁKS-u. Redaktor Władysław Lachowicz i Staszek Baran (uczestnik mistrzostw świata w 1938 roku – przyp.red.) sprawdzali potencjalnych zawodników. Zauważyli, że dobrze gram i mnie zaprosili. Trenowałem też hokeja i radziłem sobie całkiem nieźle. Sam Władysław Król, który mnie wtedy trenował, mówił mi „z ciebie to powinien być hokeista. W piłkę nożną grasz jednak równie dobrze”. Pamiętam jak sędziował nam jeden hokejowy sparing. Chłopców tak ponosiła ambicja, że przestali słuchać jego instrukcji. W pewnym momencie Władek machnął ręką i powiedział, że nie będzie się temu przyglądał. Wszyscy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, choć nie każdy potrafił jeździć na łyżwach. Jurek Sadek to miał tak wykrzywione te łyżwy, że ślizgał się tak naprawdę na butach. Pamiętam to jak dziś. Z nim to w ogóle była taka historia, że najpierw trenował w Widzewie. Nastrzelał jednak kilka bramek w sparingu i ściągnął go ŁKS, który wtedy był najlepszy w Łodzi. Kiedy przyjechali ludzie z ŁKS-u, to trener Widzewa kazał mu się ukryć. No, ale nie wyszło.
Po pierwszej przygodzie w Widzewie i ŁKS-ie trafiłem do wojska, do Zawiszy Bydgoszcz. Później powrót do Łódzkiego Klubu Sportowego, gdzie przeżyłem spadek do drugiej ligi jak również radość związaną z późniejszym awansem. Do Widzewa wróciłem, gdy grali w trzeciej lidze. Nie było mowy o żadnych poważnych pieniądzach. Było dziewięćset złotych „dożywiania”, a o reszcie decydował prezes Sobolewski. Ja chciałem po prostu grać. Jak wróciłem do Widzewa? Trenerem był wtedy Leszek Jezierski, a Stanisław Stachura kierownikiem. Pewnego razu zapytali mnie, czy chciałbym wrócić do Widzewa. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja. Wywalczyliśmy dwa awanse – z trzeciej do drugiej ligi i z drugiej do pierwszej. Jednocześnie pracowałem na etacie, w zakładzie Ema-Elester (historyczny producent aparatury niskiego napięcia – przyp. red.). Nie narzekałem. Mieliśmy sporo znajomości, dzięki którym mogliśmy na przykład kupić telewizor. W mięsnym dogadywaliśmy zamówienia z pracownikami, którzy kibicowali Widzewowi. Takie to były wtedy „układy”.
Jeden z treningów Widzewa – rok 2003. Na głównym planie Franciszek Smuda, w tle Zdzisław Kostrzewiński.
Jak było w wojsku?
Wspominam ten czas bardzo pozytywnie. Mieszkaliśmy w takich domkach przy stadionie. Grałem w pierwszej drużynie i nie miałem czasu na to, by tęsknić za Łodzią. Nie zastanawiałem się wtedy nad tym. To była służba zasadnicza i po prostu musiałem spędzić tam dwa lata.
Wróćmy na chwilę myślami do 14 września 1977 roku. Jakie obrazy ma Pan przed oczami?
Nie tylko zagrałem w pierwszym historycznym meczu Widzewa w europejskich pucharach, ale byłem kapitanem zespołu. Byłem najstarszy, dlatego w drużynie miałem pseudonim „Dziadek”. Jechaliśmy nastawieni niezwykle bojowo do tego meczu. Przylecieliśmy do Londynu na Heathrow i stamtąd, autokarem, do Manchesteru. Dlatego że w tamtym czasie w Anglii strajkowali kontrolerzy ruchu powietrznego i musieliśmy w dalszą podróż wybrać się autokarem. Wysłannicy z Anglii byli bardzo uprzejmi. Śmialiśmy się, że tylko gwiazdki z nieba nam brakowało. A gdybyśmy o nią poprosili, to pewnie też by się znalazła. Traktowali nas tak też pewnie dlatego, bo myśleli, że poradzą sobie z nami bez większych problemów. Później ich nastawienie się zmieniło…
Na boisku nie było już jednak miejsca na przesadne uprzejmości. Podobno atmosfera przed meczem była tak gorąca, że trener Bronisław Waligóra zarządził rozgrzewkę już czterdzieści pięć minut przed pierwszym gwizdkiem. Po to, byście mogli przyzwyczaić się nieco do tej wrzawy.
Tak było. Do Anglii przybyliśmy już wcześniej i nie trenowaliśmy na stadionie Manchesteru City. Dzień, czy dwa przed spotkaniem ćwiczyliśmy na boisku miejscowego, IV-ligowego klubu. Była tam bardzo ładna murawa. Wcześniej nie spotkaliśmy się z równie gorącą atmosferą. Nikt nie wymagał od nas w Łodzi cudów. Nie czuliśmy wielkiej presji także w meczach ligowych. Kiedy trenerem był Leszek Jezierski, to po prostu mówił Andrzejowi Możejce, by pilnował najlepszego zawodnika drużyny przeciwnej. W meczach ze Śląskiem Wrocław Janusza Sybisa, czy Grzegorza Latę, gdy graliśmy przeciwko Stali Mielec. Trener mówił, że mamy grać, jak potrafimy najlepiej. Taka była wtedy taktyka. To wszystko. O Manchesterze City nie wiedzieliśmy za wiele. Stadion zrobił na nas oczywiście wyjątkowe wrażenie. To był jeszcze ten stary stadion, ale bardzo ładny. Tak jak mówiłem, przed meczem Anglicy to by nam nieba uchylili. Po meczu to już było zupełnie coś innego. Jeden z rezerwowych City nie wytrzymał presji i zaczął nawet szarpać Ryszarda Kowenickiego. Nie było wtedy wesoło.
Którego zawodnika Manchesteru City zapamiętał Pan szczególnie?
Trudno powiedzieć. To była drużyna naszpikowana reprezentantami Anglii i Szkocji. Mieli bardzo dobry zespół złożony z takich piłkarzy jak Dave Watson, Brian Kidd, Peter Barnes, czy Mick Channon. Przed meczem trochę się obawialiśmy, czy sędzia, Irlandczyk, (Dominic Vincent Byrne – przyp. red.) nie będzie im trochę pomagał. Było jednak normalnie. Do przerwy Anglicy prowadzili 2:0. Trener jednak w nas wierzył. Powiedział w szatni, że jego zdaniem gramy dobrze i jeśli tylko zaprezentujemy się podobnie w drugiej połowie, to może coś się zdarzyć. No i jak wiemy, zremisowaliśmy 2:2 po dwóch golach strzelonych przez Zbigniewa Bońka. Nie rzuciliśmy się na nich „na hurra”. Graliśmy swoje. Starali się nas jeszcze przycisnąć, ale stawiliśmy im czoła.
Brian Kidd to jeden z wyróżnionych zawodników przez Kostrzewińskiego. Grał dla Manchesteru City, ale największe sukcesy odnosił jako asystent sir Alexa Fergusona.
I po tej drugiej zdobytej bramce jeden z kibiców angielskich podobno nie wytrzymał i wbiegł na murawę…
Tam nie było nawet ogrodzenia, tylko taki niski płotek. Miał może pół metra wysokości. Ten Anglik przeskoczył go bez problemu i wściekły ruszył w stronę Bońka. Nie zdążył. Został bardzo szybko spacyfikowany przez policjantów w tych charakterystycznych hełmach. Wzięli go pod pachy z dwóch stron i wyprowadzili.
Anglicy, nawet jeśli w pierwszym meczu Was zlekceważyli, to doskonale wiedzieli, że nie mogą powtórzyć tego błędu w rewanżu.
Prawda. Sam się o tym przekonałem, że żartów nie było. To było jakoś piętnaście minut przed końcem meczu. Prowadziłem piłkę i od tyłu zaatakował mnie jeden z Anglików. Od razu wiedziałem, że nie był to zwykły „stempel”. Poczułem nagły ból i upadłem. Nie widziałem nawet krwi, tylko białą kość. Przybiegł lekarz i masażysta. Otworzyli teczkę i próbowali pomóc. Sędzia powiedział, że muszę zejść z boiska. Odmówiłem. Wyjąłem z teczki bandaż, owinąłem sobie wokół nogi i dograłem mecz do końca. Ból poczułem tylko wtedy, gdy mnie nadepnął. Później to już chyba działała adrenalina. Po spotkaniu doktor Sandomierski powiedział, że mam tę ranę przemyć mydłem i położyć się na jakiś czas na leżance. I tyle. W środę zagraliśmy ten mecz z Manchesterem City, a w sobotę wystąpiłem już w meczu ligowym z Zawiszą Bydgoszcz. Teraz jak widzę czasem, że piłkarz schodzi z boiska z byle powodu, to śmiać mi się chce. Nie ma o czym mówić. Byliśmy twardszym pokoleniem. Mieliśmy silny skład, złożony nie tylko z samych Polaków, ale i wielu Łodzian.
Mogę się jedynie domyślać, co czuli podopieczni Tony’ego Booka po tym dwumeczu.
Jak już wracali do Warszawy, to dosłownie płakali. Dorośli mężczyźni, a płakali rzewnymi łzami. Opowiadał nam o tym kolega Ryśka Kowenickiego, który był wtedy ich tłumaczem. Przed meczem oni nawet nie wiedzieli, gdzie w ogóle leży Łódź. Myśleli, że jesteśmy jakimś amatorskim zespołem. A tu zdarzyła się niespodzianka. Bardzo się cieszyliśmy. Uwierzyliśmy, że naprawdę potrafimy grać w piłkę nożną. Myślę, że udało nam się to osiągnąć dzięki ambicji i umiejętnościom. Nie było wielkiej taktyki, tak jak to jest dziś. Liczył się zespół. Oczywiście, wyróżniał się wtedy na pewno Zbyszek Boniek. Byliśmy jednak przede wszystkim drużyną.
Zachowały się jakieś pamiątki z tego historycznego dwumeczu?
Obawiam się, że nie. Buty oddałem dawno temu wnuczkowi, a koszulka zaraz po spotkaniu poszła do prania. Ot, cała historia. Nie dostaliśmy za ten dwumecz jakiejś specjalnej nagrody. Kokosów nie było. Dzięki temu, że byliśmy piłkarzami, mogliśmy żyć trochę lepiej niż przeciętni ludzie. To wszystko. Nie byliśmy jednak w stanie odkładać wielkich pieniędzy. Nikt nas też na rękach nie nosił. Oczywiście, kibiców przychodziło sporo. To były jednak zupełnie inne czasy. Dziś są zamykane treningi, a u nas była zawsze rzesza ludzi. Na ŁKS-ie potrafiło przyjść prawie trzydzieści tysięcy ludzi w drugiej lidze jak graliśmy z Tychami.
W 1979 roku otrzymał Pan z kolei możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych…
Henryk Sass (były piłkarz i trener ŁKS-u – przyp.red.) przyniósł mi pewnego razu zaproszenie od Polaka pochodzącego ze Zgierza, który mieszkał w Stanach. Załatwiłem sobie wizę i postanowiłem spróbować. Planowałem wyjechać na pół roku i wrócić. W końcu miałem żonę i dwójkę dzieci. Gdyby oni także dostali paszporty, być może zastanawiałbym się, czy zostać tam dłużej. Tak się jednak nie stało. Poza tym czuję się patriotą. Miałem też w Polsce starszych rodziców, których chciałem jeszcze zobaczyć. Wszystkie plany i tak przekreślił jeden poważny wypadek. Podczas pracy, spadłem z drabiny. Mam nawet zachowane zdjęcie ze szpitala.
Gdybym dziś Pana zapytał o to, czym jest dla Pana Widzew. Co Pan by odpowiedział?
Widzew był dla mnie wszystkim. Wychowałem się tam i spędziłem najpiękniejsze młodzieńcze lata. Moja miłość do Widzewa nie osłabła. Jest to nadal klub bardzo bliski mojemu sercu.
Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę dużo zdrowia.
Bardzo dziękuję, bo zdrowie jest w końcu najważniejsze. Do zobaczenia na stadionie.
Rozmawiał: KAMIL KIJANKA
Artykuł Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż” pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż” pochodzi z serwisu weszlo.com.
Rozmowa jest początkiem cyklu „Bohaterowie starych gazet” i odbyła się pod koniec września.
Kamil Kijanka: Muszę zacząć od tego pytania. Jak zdrowie?
Zdzisław Kostrzewiński: Czuję się całkiem dobrze. Jestem w tej chwili w DPS-ie (Zakład Opiekuńczo-Leczniczy w Konstantynowie Łódzkim – przyp.red.). Oczekuję na operację. Mam złamany kręg lędźwiowy. Będzie wszystko dobrze, inaczej nie myślę. Jestem zadowolony z tutejszej opieki. Mogę liczyć na pomoc najbliższych.
Wraca Pan często myślami do wspomnień związanych z występami w Widzewie?
Oczywiście. Są takie momenty, w których łapię się na tym, że samemu wracam myślami do tamtych chwil. Spotykamy się także co jakiś czas z kolegami z boiska i wtedy także rozmawiamy o minionych czasach i pamiętnych meczach. W ostatnich latach nie mamy za bardzo powodów, by podziwiać naszych gwiazdorów. Wspominamy więc i dyskutujemy o dawnych czasach. Niestety, w tym sezonie nie byłem w stanie pojawić się na stadionie…
Wiesław Chodakowski, Zdzisław Kostrzewiński i Andrzej Grębosz na meczu Widzewa w 2018 roku.
Śledzi Pan jednak to, co dzieje się obecnie w drużynie Widzewa.
Jak najbardziej. Mam nadzieję, że po operacji szybko dojdę do siebie i wybiorę się na najbliższy mecz.
Zdzisław Kostrzewiński: Kiedy Boniek był prezesem PZPN-u, to nikogo z nas nie zaprosił na mecz reprezentacji
Niedawno obchodziliśmy rocznicę pamiętnego dwumeczu z Manchesterem City. W przyszłym roku minie od tych wydarzeń pięćdziesiąt lat. Po tym wyjątkowym sezonie pożegnał się Pan jednak z Widzewem. Dlaczego?
Tak naprawdę do tej pory nigdy oficjalnie mi nie podziękowano za grę w Widzewie. Przyszedłem pewnego razu na trening i chciałem wyjąć sprzęt. Usłyszałem wtedy od gospodarza, że mogę dać sobie spokój, bo już nie gram w tym klubie. Takie było moje „pożegnanie” z klubem, do którego przyszedłem jako nastolatek. Jakieś dokonania z mojej strony przecież były… Dlatego też czuję pewien żal z tego powodu. Do dziś. Byłem i jestem w końcu „Widzewiakiem” z krwi i kości. Miałem 32 lata i nadal nadawałem się do gry. Nikt nie robił mi wcześniej żadnych uwag, że gram źle lub nie spełniam oczekiwań. Biegałem od szesnastki do szesnastki. Miałem zdrowie.
Nikt nie wyjaśnił Panu powodów tej decyzji?
Po tym wszystkim mnie i Wiesława Chodakowskiego zaprosił do gabinetu prezes Ludwik Sobolewski i oznajmił, że mamy już swoje lata, więc czas się rozstać. Nie wierzyłem jednak w te tłumaczenia. Doszły mnie słuchy, że stał za tym Zbigniew Boniek. Podobno rozmawiał z prezesem Ludwikiem Sobolewskim na ten temat. Musieliśmy zakończyć nasze kariery. Było mi bardzo przykro. Tym bardziej, że to my go wyciągnęliśmy z Zawiszy. Prezes Sobolewski nie miał pieniędzy na to, by go wykupić. W pięciu się złożyliśmy, żeby to się udało. O ile piłkarzem był wspaniałym, to moim zdaniem, człowiekiem niekoniecznie. W piłkę gra się przecież w jedenastu. Sam niczego by nie osiągnął. Kiedy był prezesem PZPN-u, nie zaprosił nikogo z nas ani razu na mecz reprezentacji.
Porozmawiajmy o Pana karierze i wyborach. Czy jest coś, czego dziś Pan żałuje?
Pewnie „coś” by się znalazło, gdyby się tak głębiej zastanowić. Staram się jednak niczego nie żałować. Spełniłem swoje wielkie marzenie. Zostałem piłkarzem i grałem w dobrej ligowej drużynie. Wyjazd do Stanów Zjednoczonych był na przykład bardzo ciekawą przygodą. Zdobyliśmy tam nawet krajowe mistrzostwo amatorów.
Zanim wrócimy do boiskowych wspomnień, chciałbym dowiedzieć się, w jakich okolicznościach poznał Pan swoją przyszłą żonę, Panią Grażynę, także wybitną sportsmenkę.
Grażyna była czołową łyżwiarką figurową. Olimpijką i mistrzynią Polski. Była m.in. na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, mistrzostwach świata i Europy. W Łodzi trenowała i mieszkała. Często przychodziłem do Hali Sportowej na mecze hokejowe ŁKS-u, gdzie grało kilku moich dobrych kolegów – Adam Kopczyński, Walery Kosyl. Ona mieszkała w hotelu, nieopodal. Często bywała na tych samych meczach. Tak też w końcu na siebie trafiliśmy. Na początku odczuwałem duży stres, wiadomo. Tym bardziej, że już wtedy była niezwykle utytułowaną zawodniczką, reprezentantką Polski. A ja tylko zwykłym kopaczem w Widzewie… Jednak zaiskrzyło. Nasze córki też poszły nieco w nasze ślady. Jedna jeździła na łyżwach, druga trenowała lekkoatletykę na ŁKS-ie. Z tego powodu zresztą poznała Artura i została jego żoną (dwukrotny medalista olimpijski Artur Partyka – przyp. red.). Jesteśmy rodziną, która żyła sportem.
Srebrny i brązowy medalista olimpijski Artur Partyka to prywatnie zięć Zdzisława Kostrzewińskiego.
Jak to się w ogóle stało, że trafił Pan właśnie do Widzewa?
Wychowałem się na Bałutach, w okolicach dawnej ulicy Włady Bytomskiej (dziś Organizacji Wolność i Niezawisłość – przyp.red.) i Franciszkańskiej. Mieszkałem z rodzicami i dwoma braćmi. Tata pracował w drukarni wojskowej jako zecer, a mama w biurze. Wszyscy mnie tam znali, więc nie czułem się niebezpiecznie. Jak wracaliśmy ze szkoły, to graliśmy w piłkę do późnego wieczora. Z czasem zaczęli przychodzić także chłopcy z innych okolic. Graliśmy mecz za meczem. Kiedy zaczęło nas przychodzić coraz więcej, dobieraliśmy się w drużyny i graliśmy na zmianę. Później, jak trenowałem w ŁKS-ie, to zagadywałem biletera, by wpuszczał moich kolegów na stadion. Tak wchodziło piętnastu, czasem dwudziestu chłopaków. Miałem tylko mu pokazywać, którzy są ode mnie. I tak wchodzili. W Łódzkim Klubie Sportowym grałem także z kilkoma bardzo dobrymi zawodnikami, takimi jak Stasiu Stachura, Marian Wilczyński w bramce, czy Kaziu Kowalec. Kaziu grał w tym słynnym meczu z Luksemburczykami (0:5 z Jeunesse Esch w Pucharze Europy w 1959 roku – przyp.red.).
Piłkarze tłumaczyli ponoć po tej porażce, że pierwszy raz grali mecz przy sztucznym oświetleniu i to także zadecydowało o rozmiarach tej porażki.
Zgadza się. Jak trenowali na ŁKS-ie, to sprowadzili dwa reflektory punktowe z teatru i myśleli, że to załatwi sprawę. Miało to im jakoś pomóc oswoić się przed tym, co ich czekało. Okazało się jednak inaczej.
Pierwszym Pana klubem był jednak Widzew.
Tak. To był rok 1959. Nie miałem wtedy jeszcze ukończonych czternastu lat. Dowiedzieliśmy się, że Widzew poszukuje juniorów. Pojechałem wtedy z moim serdecznym kolegą, Stasiem Kaczmarkiem na pierwszy trening i tak zaczęła się moja przygoda. Pierwszym trenerem był Henio Koczewski, a po nim Paweł Kowalski.
Jak to się więc stało, że trafił Pan z Widzewa do Łódzkiego Klubu Sportowego?
Mniej więcej trzy lata później, jako wyróżniający się junior zostałem oddelegowany do mocnego wtedy ŁKS-u. Redaktor Władysław Lachowicz i Staszek Baran (uczestnik mistrzostw świata w 1938 roku – przyp.red.) sprawdzali potencjalnych zawodników. Zauważyli, że dobrze gram i mnie zaprosili. Trenowałem też hokeja i radziłem sobie całkiem nieźle. Sam Władysław Król, który mnie wtedy trenował, mówił mi „z ciebie to powinien być hokeista. W piłkę nożną grasz jednak równie dobrze”. Pamiętam jak sędziował nam jeden hokejowy sparing. Chłopców tak ponosiła ambicja, że przestali słuchać jego instrukcji. W pewnym momencie Władek machnął ręką i powiedział, że nie będzie się temu przyglądał. Wszyscy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, choć nie każdy potrafił jeździć na łyżwach. Jurek Sadek to miał tak wykrzywione te łyżwy, że ślizgał się tak naprawdę na butach. Pamiętam to jak dziś. Z nim to w ogóle była taka historia, że najpierw trenował w Widzewie. Nastrzelał jednak kilka bramek w sparingu i ściągnął go ŁKS, który wtedy był najlepszy w Łodzi. Kiedy przyjechali ludzie z ŁKS-u, to trener Widzewa kazał mu się ukryć. No, ale nie wyszło.
Po pierwszej przygodzie w Widzewie i ŁKS-ie trafiłem do wojska, do Zawiszy Bydgoszcz. Później powrót do Łódzkiego Klubu Sportowego, gdzie przeżyłem spadek do drugiej ligi jak również radość związaną z późniejszym awansem. Do Widzewa wróciłem, gdy grali w trzeciej lidze. Nie było mowy o żadnych poważnych pieniądzach. Było dziewięćset złotych „dożywiania”, a o reszcie decydował prezes Sobolewski. Ja chciałem po prostu grać. Jak wróciłem do Widzewa? Trenerem był wtedy Leszek Jezierski, a Stanisław Stachura kierownikiem. Pewnego razu zapytali mnie, czy chciałbym wrócić do Widzewa. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja. Wywalczyliśmy dwa awanse – z trzeciej do drugiej ligi i z drugiej do pierwszej. Jednocześnie pracowałem na etacie, w zakładzie Ema-Elester (historyczny producent aparatury niskiego napięcia – przyp. red.). Nie narzekałem. Mieliśmy sporo znajomości, dzięki którym mogliśmy na przykład kupić telewizor. W mięsnym dogadywaliśmy zamówienia z pracownikami, którzy kibicowali Widzewowi. Takie to były wtedy „układy”.
Jeden z treningów Widzewa – rok 2003. Na głównym planie Franciszek Smuda, w tle Zdzisław Kostrzewiński.
Jak było w wojsku?
Wspominam ten czas bardzo pozytywnie. Mieszkaliśmy w takich domkach przy stadionie. Grałem w pierwszej drużynie i nie miałem czasu na to, by tęsknić za Łodzią. Nie zastanawiałem się wtedy nad tym. To była służba zasadnicza i po prostu musiałem spędzić tam dwa lata.
Wróćmy na chwilę myślami do 14 września 1977 roku. Jakie obrazy ma Pan przed oczami?
Nie tylko zagrałem w pierwszym historycznym meczu Widzewa w europejskich pucharach, ale byłem kapitanem zespołu. Byłem najstarszy, dlatego w drużynie miałem pseudonim „Dziadek”. Jechaliśmy nastawieni niezwykle bojowo do tego meczu. Przylecieliśmy do Londynu na Heathrow i stamtąd, autokarem, do Manchesteru. Dlatego że w tamtym czasie w Anglii strajkowali kontrolerzy ruchu powietrznego i musieliśmy w dalszą podróż wybrać się autokarem. Wysłannicy z Anglii byli bardzo uprzejmi. Śmialiśmy się, że tylko gwiazdki z nieba nam brakowało. A gdybyśmy o nią poprosili, to pewnie też by się znalazła. Traktowali nas tak też pewnie dlatego, bo myśleli, że poradzą sobie z nami bez większych problemów. Później ich nastawienie się zmieniło…
Na boisku nie było już jednak miejsca na przesadne uprzejmości. Podobno atmosfera przed meczem była tak gorąca, że trener Bronisław Waligóra zarządził rozgrzewkę już czterdzieści pięć minut przed pierwszym gwizdkiem. Po to, byście mogli przyzwyczaić się nieco do tej wrzawy.
Tak było. Do Anglii przybyliśmy już wcześniej i nie trenowaliśmy na stadionie Manchesteru City. Dzień, czy dwa przed spotkaniem ćwiczyliśmy na boisku miejscowego, IV-ligowego klubu. Była tam bardzo ładna murawa. Wcześniej nie spotkaliśmy się z równie gorącą atmosferą. Nikt nie wymagał od nas w Łodzi cudów. Nie czuliśmy wielkiej presji także w meczach ligowych. Kiedy trenerem był Leszek Jezierski, to po prostu mówił Andrzejowi Możejce, by pilnował najlepszego zawodnika drużyny przeciwnej. W meczach ze Śląskiem Wrocław Janusza Sybisa, czy Grzegorza Latę, gdy graliśmy przeciwko Stali Mielec. Trener mówił, że mamy grać, jak potrafimy najlepiej. Taka była wtedy taktyka. To wszystko. O Manchesterze City nie wiedzieliśmy za wiele. Stadion zrobił na nas oczywiście wyjątkowe wrażenie. To był jeszcze ten stary stadion, ale bardzo ładny. Tak jak mówiłem, przed meczem Anglicy to by nam nieba uchylili. Po meczu to już było zupełnie coś innego. Jeden z rezerwowych City nie wytrzymał presji i zaczął nawet szarpać Ryszarda Kowenickiego. Nie było wtedy wesoło.
Którego zawodnika Manchesteru City zapamiętał Pan szczególnie?
Trudno powiedzieć. To była drużyna naszpikowana reprezentantami Anglii i Szkocji. Mieli bardzo dobry zespół złożony z takich piłkarzy jak Dave Watson, Brian Kidd, Peter Barnes, czy Mick Channon. Przed meczem trochę się obawialiśmy, czy sędzia, Irlandczyk, (Dominic Vincent Byrne – przyp. red.) nie będzie im trochę pomagał. Było jednak normalnie. Do przerwy Anglicy prowadzili 2:0. Trener jednak w nas wierzył. Powiedział w szatni, że jego zdaniem gramy dobrze i jeśli tylko zaprezentujemy się podobnie w drugiej połowie, to może coś się zdarzyć. No i jak wiemy, zremisowaliśmy 2:2 po dwóch golach strzelonych przez Zbigniewa Bońka. Nie rzuciliśmy się na nich „na hurra”. Graliśmy swoje. Starali się nas jeszcze przycisnąć, ale stawiliśmy im czoła.
Brian Kidd to jeden z wyróżnionych zawodników przez Kostrzewińskiego. Grał dla Manchesteru City, ale największe sukcesy odnosił jako asystent sir Alexa Fergusona.
I po tej drugiej zdobytej bramce jeden z kibiców angielskich podobno nie wytrzymał i wbiegł na murawę…
Tam nie było nawet ogrodzenia, tylko taki niski płotek. Miał może pół metra wysokości. Ten Anglik przeskoczył go bez problemu i wściekły ruszył w stronę Bońka. Nie zdążył. Został bardzo szybko spacyfikowany przez policjantów w tych charakterystycznych hełmach. Wzięli go pod pachy z dwóch stron i wyprowadzili.
Anglicy, nawet jeśli w pierwszym meczu Was zlekceważyli, to doskonale wiedzieli, że nie mogą powtórzyć tego błędu w rewanżu.
Prawda. Sam się o tym przekonałem, że żartów nie było. To było jakoś piętnaście minut przed końcem meczu. Prowadziłem piłkę i od tyłu zaatakował mnie jeden z Anglików. Od razu wiedziałem, że nie był to zwykły „stempel”. Poczułem nagły ból i upadłem. Nie widziałem nawet krwi, tylko białą kość. Przybiegł lekarz i masażysta. Otworzyli teczkę i próbowali pomóc. Sędzia powiedział, że muszę zejść z boiska. Odmówiłem. Wyjąłem z teczki bandaż, owinąłem sobie wokół nogi i dograłem mecz do końca. Ból poczułem tylko wtedy, gdy mnie nadepnął. Później to już chyba działała adrenalina. Po spotkaniu doktor Sandomierski powiedział, że mam tę ranę przemyć mydłem i położyć się na jakiś czas na leżance. I tyle. W środę zagraliśmy ten mecz z Manchesterem City, a w sobotę wystąpiłem już w meczu ligowym z Zawiszą Bydgoszcz. Teraz jak widzę czasem, że piłkarz schodzi z boiska z byle powodu, to śmiać mi się chce. Nie ma o czym mówić. Byliśmy twardszym pokoleniem. Mieliśmy silny skład, złożony nie tylko z samych Polaków, ale i wielu Łodzian.
Mogę się jedynie domyślać, co czuli podopieczni Tony’ego Booka po tym dwumeczu.
Jak już wracali do Warszawy, to dosłownie płakali. Dorośli mężczyźni, a płakali rzewnymi łzami. Opowiadał nam o tym kolega Ryśka Kowenickiego, który był wtedy ich tłumaczem. Przed meczem oni nawet nie wiedzieli, gdzie w ogóle leży Łódź. Myśleli, że jesteśmy jakimś amatorskim zespołem. A tu zdarzyła się niespodzianka. Bardzo się cieszyliśmy. Uwierzyliśmy, że naprawdę potrafimy grać w piłkę nożną. Myślę, że udało nam się to osiągnąć dzięki ambicji i umiejętnościom. Nie było wielkiej taktyki, tak jak to jest dziś. Liczył się zespół. Oczywiście, wyróżniał się wtedy na pewno Zbyszek Boniek. Byliśmy jednak przede wszystkim drużyną.
Zachowały się jakieś pamiątki z tego historycznego dwumeczu?
Obawiam się, że nie. Buty oddałem dawno temu wnuczkowi, a koszulka zaraz po spotkaniu poszła do prania. Ot, cała historia. Nie dostaliśmy za ten dwumecz jakiejś specjalnej nagrody. Kokosów nie było. Dzięki temu, że byliśmy piłkarzami, mogliśmy żyć trochę lepiej niż przeciętni ludzie. To wszystko. Nie byliśmy jednak w stanie odkładać wielkich pieniędzy. Nikt nas też na rękach nie nosił. Oczywiście, kibiców przychodziło sporo. To były jednak zupełnie inne czasy. Dziś są zamykane treningi, a u nas była zawsze rzesza ludzi. Na ŁKS-ie potrafiło przyjść prawie trzydzieści tysięcy ludzi w drugiej lidze jak graliśmy z Tychami.
W 1979 roku otrzymał Pan z kolei możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych…
Henryk Sass (były piłkarz i trener ŁKS-u – przyp.red.) przyniósł mi pewnego razu zaproszenie od Polaka pochodzącego ze Zgierza, który mieszkał w Stanach. Załatwiłem sobie wizę i postanowiłem spróbować. Planowałem wyjechać na pół roku i wrócić. W końcu miałem żonę i dwójkę dzieci. Gdyby oni także dostali paszporty, być może zastanawiałbym się, czy zostać tam dłużej. Tak się jednak nie stało. Poza tym czuję się patriotą. Miałem też w Polsce starszych rodziców, których chciałem jeszcze zobaczyć. Wszystkie plany i tak przekreślił jeden poważny wypadek. Podczas pracy, spadłem z drabiny. Mam nawet zachowane zdjęcie ze szpitala.
Gdybym dziś Pana zapytał o to, czym jest dla Pana Widzew. Co Pan by odpowiedział?
Widzew był dla mnie wszystkim. Wychowałem się tam i spędziłem najpiękniejsze młodzieńcze lata. Moja miłość do Widzewa nie osłabła. Jest to nadal klub bardzo bliski mojemu sercu.
Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę dużo zdrowia.
Bardzo dziękuję, bo zdrowie jest w końcu najważniejsze. Do zobaczenia na stadionie.
Rozmawiał: KAMIL KIJANKA
Artykuł Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż” pochodzi z serwisu weszlo.com.
Artykuł Pierwszy kapitan Widzewa w europejskich pucharach. „Sam wyjąłem z teczki bandaż” pochodzi z serwisu weszlo.com.