Wywiad własny z M. Citko: „Ludzie na Widzewie mnie kochali, a później zostałem zdrajcą”

W środowy wieczór oczy piłkarskiej Polski zwrócone będą na stadion Widzewa. Osobą, która spotkanie pucharowe z Legią obejrzy bezpośrednio z trybun jest m.in. Marek Citko. Niegdyś jedna z największych gwiazd nie tylko łódzkiej drużyny, ale całego kraju. Piłkarz ten był również bohaterem głośnego transferu z Piłsudskiego na Łazienkowską. Jak wspomina tamte lata i co sądzi o jutrzejszym klasyku?

– Czy Marka Citko również dopadła gorączka środowego meczu?

– Jestem ciekawy, jak Widzew wypadnie na tle trudnego przeciwnika. Kibice są stęsknieni takiej poważnej piłki, tym, co pokazują na trybunach, zasługują na nią. Niektórzy fani są przyzwyczajeni do oglądania futbolu na wysokim poziomie z lat ubiegłych, a ci młodsi go nie znają. Taki mecz będzie dla wszystkich przedsmakiem tego, co czeka ich w momencie, gdy drużyna wróci do Ekstraklasy.

– Na stadionie z pewnością będzie klimat, jakby to był właśnie mecz w Ekstraklasie.

– Duże emocje na trybunach, ale na boisku może to być łatwy i szybko rozstrzygnięty mecz przez Legię, która jest faworytem. Dla zawodników Widzewa to będzie duży sprawdzian, czy są już gotowi rywalizować z takim przeciwnikiem, czy będą w stanie wprowadzić zespół dwie ligi wyżej.

– Pamięta pan jeszcze swoje początki w Łodzi?

– Przychodziłem ze świadomością, że jeżeli chcę coś w piłce osiągnąć, muszę jak najszybciej pokazać swoja jakość. Im trudniejszy był przeciwnik, im większa była presja, tym lepiej mi się grało. Zrobiliśmy wielki wynik, zdobyliśmy dwa mistrzostwa Polski, zagraliśmy w Lidze Mistrzów. W tamtym okresie w klubie nie było smutnych dni.

– Wiele osób mówi, że to zasługa reżimu Franciszka Smudy.

– Nie był taki surowy, jak mówią. Jeżeli ktoś sumiennie pracował przez cały tydzień i w meczu dawał z siebie wszystko, to u trenera Smudy miał dobrze. Gorzej mieli ci, którzy próbowali się „ślizgać”. Ja wychodziłem z założenia, że jeśli zawodnik chce się rozwijać, to dobrze, gdy trafia na wymagającego szkoleniowca. Franciszek Smuda nie bał się grać odważnie, ofensywnie. Bez względu na to, czy graliśmy w lidze z GKS Bełchatów, czy w Lidze Mistrzów z Borussią Dortmund, wychodziliśmy w tym samym ustawieniu, z tymi samymi zadaniami. Bez kompleksów. Mi to bardzo pasowało, lubiłem to, że z każdym rywalem graliśmy bez strachu.

– Wydaje się, że pan z racji swojej techniki dostawał najwięcej swobody na murawie.

– Ta wolność była trochę z ograniczoną odpowiedzialnością. Trener dawał nam swobodę, ale wymagał przy tym zaangażowania, biegania. Jeden drugiemu miał pomagać, wracać do obrony. Nie było tak, że jedni mogli robić, co chcieli, a inni pracowali. Pracowaliśmy wszyscy. Trener Smuda trafił na grupę piłkarzy, którzy to rozumieli. Chcieliśmy coś osiągnąć, lubiliśmy ryzykować, czasami pójść va banque. Dzięki takiemu podejściu zahartowaliśmy się, nie było straconych piłek, kibicom się to bardzo podobało.

– Ile razy zadawano panu pytanie o tego gola z Atletico Madryt?

– Po pierwszej setce przestałem liczyć (śmiech).

– Ja zapytam inaczej. Czy po powrocie do domu, gdy emocje już opadły, czuł pan, że tą bramkę przeszedł do historii?

– Nie. Pzeważała we mnie złość, że uciekły nam punkty. Trafiliśmy na bardzo trudną grupę, bo przecież Borussia wygrała później te rozgrywki, a Atletico wyprzedziło w lidze hiszpańskiej Barcelonę, więc to nie był słaby zespół. Mimo to prezentowaliśmy się nieźle, dlatego był żal. Miałem w tym meczu sytuację, w której mogłem strzelić na 2:2. Wiedzieliśmy, że jeśli chcemy wyjść z tej „grupy śmierci”, musimy zdobywać punkty u siebie. A chcieliśmy z niej wyjść, nie było u nas myślenia: „Zagrajmy tam, żeby nie przynieść wstydu. Nie przegrać 0:8”. Zamiast cieszyć się z tej historycznej bramki, martwiłem się, że nawet nie udało się zremisować.

– Obecnie trzeci zespół w grupie na wiosnę rywalizuje dalej w Lidze Europy. Myśli pan, że gdyby ten format obowiązywał w latach 90, Widzew zaszedłby wysoko?

– Trudno gdybać, ale jeżeli grasz jak równy z równym z Dortmundem, który finalnie tę Ligę Mistrzów wygrywa, to szanse pójść wysoko byłyby. Szkoda, że ta przygoda szybko się skończyła. Myślę, że na początku rozkręcaliśmy się, płaciliśmy frycowe, pierwsze mecze były dla nas czymś nowym. Później prowadziliśmy u siebie z Borussia, ograliśmy Steauę Bukareszt, wyrównany bój toczyliśmy w Madrycie, gdzie przegraliśmy tylko 0:1. Być może to doświadczenie zaprocentowałoby, gdybyśmy mieli okazję wiosną grać w Pucharze UEFA.

– Jak pan w tamtych czasach odbierał to szaleństwo wokół swojej osoby? Jak na pana wpływała ta „Citkomania”?

– Początkowo nie czułem tego aż tak bardzo. Odczułem przez ten plebiscyt, wtedy uświadomiłem sobie, że mimo, iż na scenie byli medaliści z Atlanty, to kibice głosowali właśnie na mnie. Dotarło do mnie, że moja popularność jest przeogromna. Największe szaleństwo było po tym golu na Wembley, zaczęto zapraszać mnie do telewizji, gdziekolwiek się nie pojawiłem, były prośby o autografy, wspólne zdjęcia. Było miło, gdy policja zatrzymywała mnie na drodze (śmiech). Trzeba było się do tego przyzwyczaić. Jednak mimo wszystko, jako młody chłopak wciąż cieszyłem się piłką. Ona dawała mi więcej radości, niż ta olbrzymia popularność.

– Trener Smuda mówił kiedyś, że nie bał się, że może uderzyć panu do głowy woda sodowa, ale martwił się, że to wszystko może pana przytłoczyć.

– Były chwile, gdy człowiek chciał swobodnie wyjść na miasto, pójść do kina. Być na chwilę postacią anonimową. Ale zawsze śmieję się, że nie miałem wtedy tzw. pięciu minut, tylko dwie minuty.

– Dwie minuty, bo piękny okres przerwała ciężka kontuzja. Nosi pan w sobie żal do losu o tamtą sytuację w meczu z Górnikiem Zabrze?

– Nie mam żalu, kontuzji w sporcie nie da się przewidzieć. Ta oferta z Anglii siedziała mi cały czas z tyłu głowy, ale pamiętam, że gdy odbierałem nagrodę Sportowca Roku, ze sceny obiecałem kibicom, że nie odejdę. Tym bardziej, że Blackburn to nie do końca była moja bajka, drużyna wtedy walczyła o utrzymanie w Premier League. Innych propozycji wtedy nie było, przynajmniej o innych nie informował mnie klub. O Blackburn wiedziałem od prezesów i to ja stwierdziłem, że poczekam do lipca. Nie lubię patrzeć wstecz. Zawsze podkreślam, że jestem osobą wierzącą i ufam, że w życiu nie ma przypadków. Wychodzę z założenia, że Pan Bóg dla każdego z nas ma jakiś plan i dla mnie widocznie miał właśnie taki. Podczas mojej rehabilitacji poznałem kobietę, która została później moją żoną, mamy trójkę cudownych dzieci. Piłkarzem bywa się przez te kilkanaście lat, a człowiekiem, mężem, ojcem jest się przez całe życie. Widocznie tak miało być, szkoda energii na rozmyślanie o tym co by było gdyby.

– Skąd pomysł, by odejść z Widzewa do Legii?

– To był okres, w którym Widzew sprzedawał każdego, byleby ratować budżet. Do Legii przyszedł trener Smuda, moja żona pochodziła z Sulejówka pod Warszawą. Z Łodzi każdy uciekał, u trenera Lenczyka raz grałem, raz nie, nie czułem już takiego zaufania ze strony działaczy. Takie drobne rzeczy zebrały się na decyzję, żeby do tej Legii pójść. Wciąż byłem ambitnym zawodnikiem, w stolicy chcieli walczyć o mistrzostwo. Jak oceniam ten transfer? Pamiętam, że kibice Legii wybrali mnie piłkarzem jesieni, nie było źle. Moje problemy zaczęły się z chwilą, gdy do klubu przyszedł Dragomir Okuka.

– Rozwiązaniem miał być kolejny transfer?

– Powiedziałem działaczom, że nie chcę współpracować z tym człowiekiem, wybrałem wyjazd do Izraela. Gdy wróciłem, Okuka znów był przy Łazienkowskiej, więc tym razem wyjechałem do Szwajcarii. Gdy grałem, było OK, ale u trenera Okuki co najwyżej wchodziłem na boisko z ławki rezerwowych i już szału z mojej strony nie było.

– Co się takiego działo między panem a trenerem Okuką?

– Według mnie był to trener z epoki kamienia łupanego. Stawiał na tych, którzy tylko biegają i walczą, nie lubił zawodników kreatywnych, przebojowych. Patrzył tylko na to, kto ma jaką wydolność. Przez to Legia wyglądała piłkarsko słabo, ale zajeżdżała rywali fizycznością i wygrywała po 2:1. Prawda o Okuce wyszła w europejskich pucharach, gdzie zespół przegrał z Valencią bodaj 1:6.

– Słyszał pan kiedyś określenie „Widzewska klątwa”?

– Chyba nie.

– Żartowano sobie, że piłkarze odchodzący z Widzewa do Legii nigdy nie osiągają tam żadnego sukcesu. Za karę idą w dół.

– Nieładnie, że kibice takie klątwy na mnie rzucają po tych wszystkich poświęceniach (śmiech). Mocniejszy wpływ na moje dalszy losy miała chyba jednak ta kontuzja Achillesa, niż trener Okuka. Po powrocie nie grałem już tak dobrze, jak kiedyś. Teraz już wiem, że moje mięśnie nie były odpowiednio odbudowane. Powiedzmy więc, że ta klątwa zadziała w moim przypadku tak na 50%.

– Nie miał pan myśli, że może lepiej byłoby zostać w Łodzi?

– Gdyby nie kontuzja, to pewnie nawet mimo braku pieniędzy w klubie pewnie zdecydowałbym się zostać w Łodzi, pomóc drużynie, a potem odejść, ale za granicę. Tymczasem u nowych trenerów grywałem w kratkę, nie czułem zaufania ze strony klubu. Miałem wrażenie, że nikt w Widzewie nie wierzy w to, że się odbuduję. Byłem po bardzo ciężkim urazie i potrzebowałem wsparcia, regularnego grania. Niestety, nie dostałem tego. Był to dla mnie trudny moment, bo zostawiłem dla drużyny kawał zdrowia, a nie dostałem nic w zamian.

– Oberwało się panu od kibiców za ten transfer.

– Dało się to odczuć. Gdy przyjechałem z Legią na Widzew to dostałem solidną „wiązankę”. Gdy jesteś gwiazdą drużyny, wiele z nią osiągnąłeś, ludzie cię pokochali, noszą koszulki z twoim nazwiskiem, a ty przejdziesz do znienawidzonego rywala, to jest to traktowane jak zdrada. Gdy barwy zmienia piłkarz mniej ważny dla zespołu, to jest mu łatwiej. W moim przypadku od miłości do nienawiści droga nie była zbyt długa. Ci normalni kibice, mam nadzieję, zrozumieli mnie i częściowo mi to wybaczyli.

– Często piłkarze po zakończeniu gry w piłkę nie mogą dla siebie znaleźć miejsca w życiu. U pana wszystko wygląda na idealnie zaplanowane.

– Nie musiałem dłużej grać, znalazłem sposób na zarabianie pieniędzy. Miałem inwestycje, prowadziłem własną działalność. Uznałem, że mogę skończyć karierę ten rok czy dwa lata wcześniej. Zacząłem budować dom, dzieci poszły do szkoły. Miałem 33 lata, czyli osiągnąłem wiek chrystusowy, także można było kończyć i zająć się innymi rzeczami.

– Będzie pan w środę na stadionie?

– Tak, wybieram się na mecz.

– Za kogo będzie pan trzymać kciuki?

– Pewnie serce będzie rozdarte. Z jednej strony miło będzie znów poczuć tą niepowtarzalną widzewską atmosferę, tworzoną przez kibiców i pewne wspomnienia odżyją, ale z drugiej w Legii występuje mój zawodnik, Jarek Niezgoda. Myślę, że większość ludzi będzie trzymać kciuku za Widzew, bo zazwyczaj w takich pojedynkach kibicuje się słabszym. A nie ma co ukrywać, dużym faworytem jest Legia. Jeżeli gospodarze ją pokonają, to będzie to wielka sprawa. Ja osobiście chciałbym po prostu zobaczyć dobry mecz i niech wygra lepszy.

5
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
MarcinMatiMr.ETomekconquistador Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
conquistador
Gość
conquistador

serce rozdarte??żałosne Marku

Tomek
Gość
Tomek

Marek byłeś i jesteś Wielki. Stary kibic RTS.

Marcin
Gość
Marcin

Dla mmie marek byl i jest po naszej stronie.za duzo serca zostawił na boisku by nie miec widzewa w sercu.a ze zaczał grać w legi to nie oznacza ze został legionista.kazdy kidzie tam gdzie sa wieksze pieniadze.z pozdrowienim WIDZEWSKIM MARCIN

Mr.E
Gość
Mr.E

Zawsze w Widzewskich sercach… fajnie, że nasza legenda zagląda do Serca Łodzi!

Mati
Gość
Mati

Serce rozdarte ? Widać że nie rozumiesz słowa WIDZEW